Archive for September, 2008
Frutti di Mare
Dziś Filip “Wieża” Różański grający w Lao Che przyniósł ślady Hammonda do dwóch utworów Frutti di Mare - drugiej grupy, z która właśnie zmierza do zakończenia prac nad jej debiutancką płytą. Były to nagrania wykonane liniowo z cyfrowego modelu Hammonda XK. Chodziło o ich de-digitalizację, nadanie charakteru ‘prawdziwego’, vintageowego Hammonda.
W tym celu ślady wpuściliśmy na Leslie zdejmując je parą wstęgowych Royerów R-121 (ustawionych po bokach paczki) z pre-ampami WSW - górne wirujące głośniki - i pojedynczym ELAMem 251 Telefunkena (na nerce) ustawionym ok. 30cm od wylotu głośników niskotonowych of frontu (podłączonym również do WSW). Całość (ustawiona bez przeciwfazy) dała możliwość regulacji proporcji góry i dołu w miksie, tak, żeby wszystkiego było ile trzeba w połączeniu z resztą instrumentów.
Leslie potrafi ożywić wszystko! Parę miesięcy temu użyłem lampowego Leslie 147 do chórków, a nawet lead wokali, co dało bardzo ciekawy i niemożliwy do podrobienia efekt. Niedawno na Leslie Solid State nagrywałem grając na basie (sygnał do Leslie trafiał po pre-ampie Edena) równolegle podłączonym do Edena Metro 500 - razem dało to ogromny dźwięk, jak z giganycznej sceny z koncertu z nagłośnieniem pół miliona Watt. Wydłużał się w tej konfiguracji sustain i wyrównywała się głośność wszystkich rejestrów na basie. Wirującymi głośnikami i 300 Wattową końcówką można wprowadzić w wibrację każdy przedmiot i osobę znajdującą się w tym samym pomieszczeniu:)
Ania Kostrzewska
Od wczoraj Ania Kostrzewska nagrywa wokale w Studio 333 na cudownym ELAMie 251 Telefunkena (w parze z modyfikowanymi preampami WSW Siemens und Halshke). Reżyserem dźwięku jest Asia Popowicz, a producentem Paweł Bzim Zarecki - widoczni na zdjęciu. Sesja potrwa do niedzieli włącznie.
0COMMENTS
Józefina
Spotkaliśmy się z Chickenem i Józefiną, żeby dograć chórki i dodatki wokalne do utworu Chickena “Odyssey”. Mikrofon Telefunken ELAM 251, tak jak dzień wcześniej, przy nagraniach Indii Czajkowskiej, powalił mnie i Chickena na kolana. Józefina stwierdziła, że jeśli każdy wokalista musi znaleźć idealny dla siebie mikrofon, to dla niej jest to właśnie ELAM 251:) Nie dziwi mnie to, bo maszyna jest bardzo głoso-lubna:) Józefina zaśpiewała świetnie, Chicken ma ślady jak marzenie.
0COMMENTS
India Czajkowska
Dziś po raz pierwszy odkąd przeniosłem studio na Złotą miałem przyjemność pracować z Indią Czajkowską - wokalistką, której kunszt ogromnie cenię i barwę głosu bardzo lubię. Spotkaliśmy się, żeby stworzyć formę i nagrać lead wokale do nowego utworu Chickena “Water Falls”.
![]()
Spotkanie zbiegło się z pierwszym podłączeniem owianego legendą mikrofonu Telefunken ELAM 251, który zaprzyjaźniona i współpracująca ze Studio 333 firma MusicToolz właśnie sprowadziła bezpośrednio od producenta. Poznałem już tak wiele zacnych mikrofonów, że niełatwo wpadam w zachwyt. Jednak to, co wszyscy usłyszeliśmy po rozgrzaniu Telefunkena było ZDUMIEWAJĄCE!!! Czegoś podobnego w życiu nie słyszałem!
Bez żadnej korekcji i kompresji (tylko po pre-ampie WSW i konwerterze Mytek 8×192 pracującym w 24bitach i 88200Hz) ślad wokalny brzmiał jak najlepiej wypracowany (na żadnym korektorze bym czegoś takiego nie ukręcił z innego mikrofonu), gotowy i co najważniejsze osadzający się pieknie w miksie instrument (w kontraście do częstej sytuacji, gdzie ślad solo brzmi wspaniale, ale nie specjalnie siedzi w miksie). Oczywiście podstawą jest to, że mieliśmy świetne żródło dźwięku, jednak nie sposób nie docenić też tego, co z głosem zrobił, jak go ujął, ELAM 251. Nie wyobrażałem sobie, że uzyskanie takiej barwy jest w ogóle możliwe (sądziłem, że w podziwianych przeze mnie nagraniach wydarzyło się coś nie do osiągnięcia, głównie za sprawą nieosiągalnie cudownych żródeł dźwięku - teraz słyszę, że da się tego dotknąć, ale tylko dysponując właściwym narzędziem) - na dzień dobry wszystko się zgadzało - nawet sybilanty, które mogły zabrzmieć ostro ELAM zinterpretował jakoś tak (jakby były niższe), że było przyjemnie. Specyfika linii wokalnej była taka, że udało nam się zrobić nagranie bez pop filtra. Barwa jest cudowna, dół nie buczy, choć jest wielki i pełny, góra jest przyjemna, ani zbyt jasna, ani zbyt ciemna, a w całej średnicy dzieje się jakby więcej, niż zwykle - ogromne bogactwo harmonicznych i detali. Brzmienie jest zjawiskowe! Ten mikrofon to marzenie, dla którego warto się zrujnować, czego nie omieszkam zrobić;) Drugi egzemplarz ze sparowanej w fabryce parki kupuje Andrzej Smolik. W wypadku specjalnych okazji będziemy łączyć nasze okazy, żeby uzyskać stereo zrealizowane na ELAMach.
Wracam do sesji - okazało się, że akurat i Chicken i India i ja ostatniej nocy nie przespaliśmy więcej, niż 2,5 godziny, wszyscy byliśmy więc ledwie żywi, a do tego pogoda była iście londyńska. Wobec tych ‘czynników obiektywnych’ udało nam się jedynie zrobić wstępne przymiarki do formy i teraz dopiero na ich bazie Chicken zmontuje swoją propozycję, którą opracuje z Indią na gotowo i wówczas spotkamy się we trójkę na nagranie płytowe.
0COMMENTS
Data Rescue
Ten post wyjątkowo nie dotyczy bezpośrednio działań muzycznych i dźwiękowych - straciłem dziś z dysku laptopa (stary Power Book), na którym prowadzę całą korespondencję zawodową, 7500 mejli i chcę opisać jak udało mi się je odzyskać. Może komuś się to przyda. Nie wspominałbym o tym wcale, gdyby nie to, że na polskich stronach i forach poświęconych pomocy nie znalazłem tak sensownych wskazówek jak poza nimi. Na zagranicznych z kolei wątek urywa się często tam gdzie następuje rada i czasem brakuje zamykająccego temat potwiedzenia jej skuteczności.
Niedawno policzyłem, że usuwanie spamów z konta zawodowego zajmuje mi nie mniej, niż dwie pełne doby w skali roku! To czas absolutnie stracony. Na konto prywatne na Gmailu nie dostaję żadnych spamów, ani równie czasochłonnych w działaniu komunikatów specjalnych od providera, sortujących potencjalne spamy (co trzeba przeglądać tak samo jak spamy). Dlatego zdecydowałem się przenieść swoje konto mejlowe na Gmaila, co okazało się bardzo łatwe i było świetnie opisane.
Konta Gmaila działają również (oprócz POPa) w oparciu o protokół IMAP - dużo lepszy w sytuacji, gdy równocześnie korzysta się z dostępu do poczty z komputera i telefonu, jak w moim wypadku. Gdy nowe rekordy MX zostały już aktywowane chciałem uruchomić konto w programie Apple Mail 2.1.3 (pod OS X 10.4.11). Ponieważ w preferencjach nie znalazłem możliwości przestawienia konta z POP na IMAP skasowałem je i stworzyłem ponownie ustawiając wszystko jak należy. Konto bezproblemowo się skonfigurowało, ale niestety straciłem wszystkie mejle przypisane do skasowanego konta POP. Nie odnalazłem ich we wnętrznościach systemu, ani w koszu. Idąc za wygoogleanymi radami ściągnąłem demówkę programu Data Rescue II i sprawdziłem czy uda mi się odzyskać utraconą zawodową korespondencję. W wersji demo miałem możliwość zrobienia pełnego skanu dysku, albo woluminu, ale odzyskać mogłem tylko jeden plik nie większy niż 5MB. Asystent programu przeprowadził mnie przez wszystkie etapy pouczając co mam robić, żeby nie nadpisać danych na niewidoczne pliki, które chcę odzyskać. Po zeskanowaniu wszystkie typy plików zostały posortowane na bardzo dobrze opisane grupy. Jedna z nich znajdowała się w folderze Mail z wewnętrzymi folderami AppleMail. Program odtworzył też oryginalne rozszerzenia, co wcale w tego typu aplikacjach nie jest takie oczywiste (kiedyś, wiele lat temu, po odzyskaniu plików spotkałem się z kompletną sieczką, którą trzeba było metodą sprawdzania w notatniku i dopasowywania wg. wielkości obdarzać różnymi rozszerzeniami szukając właściwych). Wybrałem pierwszy lepszy .emlx i wcisnąłem Recover. Zapisałem go oczywiście na zewnętrznym dysku - odtworzył się pomyślnie. Żeby uratować całą korespondencję (7500mejli od ostatniego backupu!!!) musiałem kupić pełną wersję Data Rescue II za 100USD. Cóź, gapowe się płaci… Numer seryjny, który dostałem minutę po wykonaniu przelewu wpisałem do wciąż otwartej demówki. Po jego aprobacie nie musiałem już ponownie skanować dysku. Udało mi się uratować wszystkie pliki!
Następnym moim zakupem będzie chyba Time Capsule, dzięki czemu każdy ewentualny przyszły głupi ruch będzie możliwy do odwołania. Wiadomo - kto nie backapuje, ten potem żałuje, a jak mawiają fachowcy z branży odzyskiwania danych: ludzie dzielą się na tych, którzy backupują i na tych którzy będą backupować. Mądry Polak po szkodzie;)
0COMMENTS
5th Element - mastering
Piąty Element przygotowuje nową płytę z udziałem wokalisty o pseudonimie Mr. Hyde. Mimo, że materiał na “DNA Code” nie jest jeszcze skończony potrzebna była płyta na zbliżający się berliński Popkomm. Z tej okazji odwiedziłem artystów w ich studio - mają tam kolekcję wspaniałych syntezatorów i świetne warunki do tworzenia muzyki. Każdemu życzę takiej pracowni!:)
![]()
0COMMENTS
Nina Kodorska
Kilka miesięcy temu, gdy opowiedziałem Tomikowi z Kayaxu o naszych planach producenckich w duecie ze Zbyszkiem Szmatłochem i zaprzyjaźnionymi muzykami, Tomik zaproponował, żebym skontaktował się z Niną Kodorską - bardzo obiecującą młodą wokalistką, która jeszcze nie ma własnego repertuaru i będzie go potrzebowała. Zaprosiłem Ninę do studia. Wydała mi się bardzo sympatyczna, naturalna i bezpretensjonalna. Porozmawialiśmy o róźnych potencjalnie ciekawych kierunkach muzycznych i posłuchaliśmy kilku płyt szukając wspólnego mianownika. Okazało się nim granie akustyczne. Wyobraziłem sobie zadziorny skład z dosyć klasycznymi instrumentami (bębny, kontrabas, fortepian, baryton, gitara preparowana), otwartą, szeroką harmonią, długimi frazami, wolnymi tempami i dużą ilością wolnej przestrzeni do zagospodarowania jej częściowo przez głos Niny, a częściowo do pozostawienia dla oddechu.
Umówiliśmy się najpierw na wstępną przymiarkę, żeby zarejstrować głos Niny i w oparciu o rezultaty sesji stosowanie działać dalej. Żeby dostarczyć Ninie dobrych tekstów po angielsku zaproponowałem współpracę z Taslim i Arkiem Wasiami, którzy akurat przyjechali na wakacje do Polski. Zaoferowali Ninie pomoc w przekształceniu i wyrażeniu jej własnych myśli w języku angielskim (zamiast przekazania gotowych tekstów, od których zaczęliśmy pierwsze próby). Idąc za tą sugestią Nina dostarczyła później swoje szkice, które Taslim i Arkek wzięli na warsztat nadając im pożądanego kształtu.
Spotkaliśmy się z Niną na, jak się okazało, jej pierwsze w życiu studyjne nagrania. Najpierw zarejestrowaliiśmy “Rosemary Baby” w wersji polskiej (z tłumaczeniem Wojciecha Młynarskiego) w wersji a cappella.
Żeby nie spowalniać początku nagrań ustawiłem mikrofon Brauner VM-1 (sprawdzałem brzmienie z pop-filtrem i bez) z modyfikowanymi pre-ampami WSW Siemens und Halshke porównując je z prototypem L-408 firmy Lipiński Sound. W tym wypadku pierwszy przedwzmacniacz brzmiał głębiej i pełniej, był jakby bardziej ‘łaskawy’ dla wokalistki, a drugi był szybszy i czystszy, przez co i bardziej ‘bezwzględny’, ponieważ chciałem mieć wierny i krytyczny obraz sytuacji na tym etapie przy nim zostaliśmy. Nagrywaliśmy w 24 bitach i 176400Hz przez moje ulubione konwertery Mytek Digital 8×192.
Barwa głosu Niny była niesamowita, na prawdę wyjątkowa: głeboka, mocna, dosyć ciemna, ale klarowna. Trudno było mi uwierzyć, że mam do czynienia z debiutantką i osobą tak młodą. Jeśli chodzi o interpretacje “Rosemary Baby” akurat osobiście nie lubię wpływów polskiego szkolnictwa jazzowo-rozrywkowego, więc tu wiele bym chciał zmienić jako ewentualny producent, gdyby współpraca się rozwinęła…
Żeby sprawdzić jak Nina poradzi sobie z materiałem wychodzącym poza harmonię dur-molową i w języku obcym poprosiłem ją, żeby zaśpiewała dwa anglojęzyczne teksty Taslim i Arka Wasiów do utworów zespołu 3 Metry z płyty “noir”. Zrobiliśmy dwa podejścia do nagrań: pierwsze bez żadnego przygotowania, drugie po zostawieniu Ninie muzyki do opracowania swoich partii na następny dzień. Jak się okazało jednym z największych atutów Niny był objawiony w podejściach do tych utworów jej wielki potencjał energetyczny. Słychać było, że Nina nie jest jeszcze improwizatorem mogącym wskoczyć w nieznaną materię bez żadnego przygotowania (wiek?), mimo to rezultaty pierwszych przymiarek były obiecujące.
Gdy po czasie przemyśleliśmy ze Zbyszkiem sprawę, podważając własne wcześniejsze ustalenia, wydało nam się, że wymyślony wcześniej kierunek akustyczny nie jest tu najwłaściwszy. Słuchając nagrań wokalistki z 3 Metrami wyobraziliśmy sobie Ninę w całkiem innym anturażu - z mocną, żywą kapelą za plecami. Z zespołem, który będzie miał tak dużo energii, że na jej tle Nina będzie mogła swobodnie rozwinąć swoją ogromną ekspresję wokalną.
Przystąpiliśmy do budowania zespołu na tę okoliczność. Zaprosiliśmy najlepszego bębniarza jaki przyszedł nam do głowy - Gerarda Niemczyka, mieszkającego teraz w Nowym Sączu, świetnego gitarzystę - Darka Bafeltowskiego z Częstochowy, no i sami chwyciliśmy za instrumenty - Zbyszek za gitarę podłączoną przez Rhodesa z siedemdziesiątego trzeciego i jego vibratto do paczki Suitcase, ja za bezprogowy bas ze struną E nastrojoną prawie o oktawę niżej, który był podłączony równocześnie do combo Edena ‘Metro 500′ i wielkiego koncertowego Leslie 147. Gerard zagrał na starym kultowym Ludwigu, a Darek na głowie JCM 900 z dwugłośnikową paczką Mesy i gitarze lutniczej o 36 progach.
W jeden dzień stworzyliśmy szkic piosenki. Pozwoliliśmy sobie pójść w to, co wydawało nam się odpowiednie i równocześnie, co mieliśmy ochotę zagrać. Wyszła z tego rzecz o ‘dużej masie’ - mocna ’stadionówa’, która mogłaby się też dobrze sprawdzić w klubach.
Po wstępach objaśniających zmianę koncepcji i jej przyczyny zaprosiliśmy Ninę, żeby odegrać jej nowy utwór. Dokonaliśmy łobuzerskiego nagrania - notatki z prób 100% live (całe bębny na ledwe 3 mikrofony: stopa, werbel i monofoniczna góra), tyle tylko, żeby nie zapomnieć i żeby było do czego spróbować Ninę przymierzyć. Wyszła z tego niezła ‘luta’;) Stylistycznie wszystko wymieszane - ni to archaiczny, trudny do zdefiniowania stylistycznego, czad, ni to nowoczesny cyber-punk, ni trip-hop, ni to żywy i ciemny groovowy hip-hop, ale wszystkiego po trochu… dwatysiącedziesięć!;)
Zgrałem roboczy zapis przez sumator AMS Neve 8816 + 8804 (przewalając na nim poziomy na każdym śladzie - wtedy zagrał najciekawiej), żeby Nina mogła się z nim zapoznać, złapać formę i coś sobie wstępnie poukładać. Spotkaliśmy się następnego dnia, żeby dograć wokale i zobaczyć co z tego połączenia wyjdzie. Zrobiliśmy kila podejść, ale Nina w ogóle się nie ‘uruchomiła’. Miała taki dzień, że chyba całą energię puściła w powtarzanie, że nie da rady i generalnie na tym sesja się zakończyła… Na dyskach zostało kilka wejść, ale kompletnie nie o to chodziło. Odsłuchując później nagrań stwierdziliśmy ze Zbyszkiem, że jeśli w ogóle miałoby dojść do współpracy z Niną to powinniśmy zdecydowanie w tym wypadku dać sobie spokój z akustycznym downtempo, albo nowoczesnym groovowym cyber-punkiem na rzecz prostych (w dobrym sensie), przebojowych, radiowych piosenek, w których wyznaczymy Ninie jasną rolę, napiszemy dokładnie wszystkie leady nie pozostawiając miejsca na zmaganie z materią.
Działo się to wszystko pod dużą presją czasu - dzień po ostatnim nagraniu Nina weszła do programu “Fabryka Gwiazd” w Polsacie. Nie mieliśmy już sposobności ponownego podejścia do nagrań, a tym bardziej na sprawdzenie innych dróg. Uczestnictwo w “Fabryce Gwiazd” oznacza absolutny brak kontaktu z każdym z uczestników programu, a wypadku Niny, zważywszy na jej talent, prawdopodobnie przez co najmniej kilka tygodni, a może nawet przez kwartał (uznani za najlepszych zostają w programie najdłużej). Trzy miesiące to dość czasu, żeby zastanowić się co dalej. Oprócz podstawowych kwestii dotyczących ustalenia kierunku wspólnych prac wchodzą w grę bardzo życiowe sprawy - opracowanie repertuaru płytowego to min. pół roku pracy (z debiutantką) dla duetu producenckiego, kilkaset godzin rezerwacji studia wraz z obsługą, czas w którym trzeba utrzymać artystkę, studio, utrzymać siebie, zaangażowanych muzyków (przyszły skład koncertowy) - to spora inwestycja o bardzo dużym stopniu ryzyka. W kontrze do tego zajęcia i ja i Zbyszek mamy kalendarz na najbliższe miesiące wypełniony ciekawymi, prestiżowymi i intratnymi produkcjami, powinniśmy więc mądrze zarządzać czasem, którego coraz bardziej nam brakuje (jego najbardziej!).
W międzyczasie apetyty rozbudzone energetycznym graniem rozkwitły i stwierdziliśmy, że twór, który powołaliśmy do życia dla Niny jest na tyle dla nas ciekawy, a to granie satysfakcjonujące, że warto rzecz kontynuować, ale z mocnym, męskim głosem, bardziej w stronę nakręcającej nawijki, niż wokalistyki. Po krótkich przeszpiegach zaprosiliśmy Pedro el Negro (który wcześniej zabłysnął w studio przy nagraniach do utworów Chickena), żeby spróbował się z tym zmierzyć. Po kilku spotkaniach, ustaleniu oczekiwań i nakreśleniu zamysłu spotkaliśmy się z Pedro na pierwszej roboczej sesji. Gdy tylko usłyszeliśmy to, co Pedro przygotował, od razu wiedzieliśmy, że był to strzał w dziesiątkę! Pod wpływem próbnych nagrań i dalszych przemyśleń postanowiliśmy zmodyfikować jeszcze skład zespołu (analogowy syntezator zamiast drugiej gitary) robiąc z niego re-kreację dawnego zespołu ‘dwaGramy’, który w drodze ewolucji przeobraził się w ‘2g’.
Powyższy opis sytuacji opubkowałem po kilku tygodniach od całej akcji… W międzyczasie rozwinął się wątek muzyczny ‘2g’, czemu poświęciłem osobnego posta, ktory jest dostępny pod tym linkiem.
A wracjąc do tematu - czy będziemy ze Zbyszkiem produkować płytę dla Niny jeszcze nie wiadomo… jeżeli tylko okaże się to możliwe na pewno chętnie to zrobimy.

0COMMENTS
Maria Peszek - mastering płyty “maria Awaria”
Od jedenastu miesięcy trwały prace nad nową płytą Marysi Peszek “maria Awaria”, której producentem jest Andrzej Smolik (za wyjątkiem ostatniego utworu “Muchomory” opracowanego przez Foxa i zrealizowanego przez Krzyśka Pszonę). Początkowo premiera zaplanowana była na marzec, ostatecznie jednak album ukaże się 19 września, co jest już pewne, ponieważ skończyłem mastering, który został pozytywnie przyjęty, a wczoraj z Marysią przygotowałem ostateczne produkcyjne płyty matki, które pójdą do tłoczenia już w poniedziałek.
Miałem przyjemność robić kilka nagrań do tej wyjątkowej płyty (kontrabas, organy Hammonda i chyba jeszcze piano Rhodesa), odwiedzałem też Andrzeja Smolika w jego pracowni, gdzie wspólnie dumaliśmy nad miksami - co zrobić, co zmienić, żeby efekt końcowy był jak najlepszy. Andrzej poświęcił zgraniom wiele uwagi, a przede wszystkim stworzył bardzo fonogeniczne kompozycje, co jest absolutną podstawą udanej produkcji. Jeśli muzyka ‘niesie’, cała reszta (brzmienie, proporcje, przestrzeń) robi się niejako sama. Jeśli kompozycjom czegoś brakuje - nie ma na Świecie fachowca i sprzętu, którym możnaby rzecz uratować (nie przerabiając kompozycji), nie ma takiej gałki, która ‘zrobi dobrze’. To niby truizm, ale z obserwacji widzę, że wcale nie do końca powszechnie uświadomiony. Andrzej Smolik ma tą rzadką i niesamowitą zdolność, że potrafi stworzyć czytelny i atrakcyjny rdzeń kompozycji, pozostawiając go niemal do końca czystym - z minimalną ilością ozdobników i dodatków (która to umiejętność leży na antypodach ‘komponowania’ poprzez mnożenie śladów wokół niczego: dodawania kolejnych pasujących do tempa rytmów i kolejnych harmonicznych dźwięków, instrumentów, bez żadnego szczególnego pomysłu na całość ‘u nasady’). W moim odczuciu talent, gest muzyczny i spokój Andrzeja, stworzyły doskonałą i wielowymiarową całość w połączeniu z kapitalnymi, ostrymi tekstami Marysi, z jej urzekającymi mnie wykonaniami i sposobem interpretacji. Płyta podoba mi się prywatnie dlatego nie staram się hamować w zachwytach, bo niby czemu miałbym to robić?;)
Logistycznie praca nad płytą Marysi wyglądała tak, że kilkakrotnie biegaliśmy pomiędzy studiami robiąc korekty miksów u Andrzeja i weryfikując je potem przy pomocy mojego bezlitosnego odsłuchu w studio na Złotej. Zapisywaliśmy notatki i wracaliśmy z nimi do Andrzeja lub Andrzej sam je nanosił zgrywając utwory z Logica z użyciem sumatora analogowego SSLa po konwerterach Mytek Digital 8 x192 (zgrania robiliśmy wyłącznie w 24bitach 88200Hz).
Mając pierwsze dojrzałe miksy zaproponowałem różne możliwe kierunki opracowania brzmienia przy masteringu. Jeden głośny, ‘radiowy’, drugi cichszy, smaczny, z dodanym charkterem i trzeci również cichszy, ale bez dodatku nowego smaku, jedynie z ekspozycją zalet zawartych w miskie, przy ważnym założeniu trzymania się uzyskanej tam równowagi. Andrzej wybrał wersję trzecią argumentując tą decyzję w ten sposób, że to co miało być saturowane było już saturowane przy nagraniach, co miało być ściemnione jest już ściemnione na wcześniejszych etapach itd, itp. Producentowi przede wszystkim zależało na zachowaniu indywidualnego charakteru utworów - np. te intymne miały takie pozostać. Idąc tym tropem zmasterowałem całą płytę - każdy utwór trochę inaczej, z zachowaniem jego autonomii i charakteru.
Andrzej Smolik i Marysia Peszek są bardzo przenikliwi i wymagający - ich zadowolenie z rezultatów pracy jest dla mnie największą z możliwych gratyfikacją, o wiele bardziej satysfakcjonującą od tej, nieodzownej, pieniężnej;) Na końcu prac, gdy słuchaliśmy razem z Marysią “marii Awarii”, opracowując dlugości pauz między utworami, Andrzej stwierdził, że rzadko się zdarza, żeby po masteringu nic nie uciekło.
Satysfakcja i spełnienie:)
17.10.2008 w warszawskim klubie Palladium (dokładnie pod Studio 333) przy ulicy Złotej 7 Marysia Peszek wystąpi ze swoim zespołem na specjalnym koncercie premierowym. Rozmawialiśmy o tym, że na pewno wykonanie będzie inne od płytowego, dojdą żywioły. Będę tam na 100%:) Tymczasem zainteresowanych odsyłam do strony Marysi http://maria-awaria.pl/ naładowanej świetnymi filmami.


0COMMENTS