Archive for April, 2008
Violetta Brzezińska - nagrania wokalne
![]()
24 i 29 kwietnia do płyty Marcina Stycznia dogrywałem głos Violetty Brzezińskiej. Mieliśmy zająć się tylko jednym utworem, gdzie część tekstu Marcin napisał na głos żeński, jednak słysząc dobre rezultaty trudno było się powstrzymać, żeby nie stworzyć więcej takich współbrzmień. Dograliśmy więc śpiew Violi do dwóch kolejnych utworów, kilka różnych podejść.
Do nagrań w 24 bitach, 88200Hz użyłem Braunera VM-1, prototypu pre-ampu Lipiński Sound L-408 i konwertera Mytek Digital 8 x 192, czyli same asy:) Inaczej nagrywałem głos główny, inaczej chórki - eksperymentowałem z różnymi ustawieniami dyfuzorów w Studio A, a także inaczej wysterowałem pierwszy stopień wzmocnienia przedwzmacniacza zmieniając rónocześnie przełożenie transformatora. W efekcie chórki i głosy z dublami mają tak atrakcyjną przestrzeń ‘własną’, że ani myśle dodawać do nich jakiejkolwiek przestrzeni z maszyny.
Do nagrań kwestii przeznaczonej dla kobiety w części zwrotki użyłem pre-ampu WSW Siemens und Halshke, żeby brzemienie lepiej kleiło się z barwą głosu męskiego, który nagrywałem wcześniej z WSW.
Gdy po nagraniach zaczęliśmy edytować partie Violi i aranżować jej wejścia w utworach już na gotowo, stało się jasne, że w kilku miejscach warto będzie co nieco jeszcze dograć lub zmienić, Marcin zaprosił więc Violę na kolejną sesję, podczas której zrealizowaliśmy wszystkie powstałe podczas post-aranżacji pomysły.
![]()
Blast Off! zmasterowany!!!
Jako współproducent muzyczny tego utworu słyszałem go już tak wiele razy, że zacząłem mieć z nim kłopot jak z czymś własnym. O ile przy cudzych utworach zaraz wiem co robić, to przy swoich przeważnie kompletnie nie mam pojęcia, tracę dystans, wszystko staje się bardzo względne, może być tak, albo całkiem inaczej, bywa że trudno jest mi wybrać którąkolwiek z możliwych ścieżek. Wyobrażam sobie, że mam klientów dlatego, że nie jestem w tym odosobniony:) Sam chętnie bym zrzucił na kogoś wybory związane ze swoimi produkcjami, ale chyba tak tylko wirtualnie, bo naprawdę bardzo chętnie wreszcie zajął bym się swoimi ogromnymi zaległościami i opublikował choć kilka płyt, które nie mogą się doczekać masteringu… Pewnie przez spore zaangażowanie w “Blast off!” singiel Chickena (aka Sonar Soul) musiał swoje odczekać. Tracking i miks były tak dopracowane, że brzmiało to już jak gotowa, płytowa produkcja, tylko ciszej. Gdy prezentowałem “Blast off!” swoim gościom - to taka moja popisówa z nowego studia:) -często nie chcieli wierzyć, że w miksie nic nie ma na sumie i że rzecz jest niezmasterowana, co było bardzo miłe:)
Nie chciałem masteringiem zmieniać charakteru utworu, myślałem jedynie o niewielkim rozjaśnieniu go, delikatnej kompresji i limitingu, ale bez najmniejszej walki o wysoki RMS, żeby zachować dynamikę, oddech i niuanse w ułożeniu planów dźwiękowych. Ponieważ wszystkie relacje przestrzenne i proporcje ‘Mid Signal’ do ‘Side Signal’ były wypracowane w samym miksie, nie chciałem używać, niepotrzebnych tu, operacji MS. Z tych samych powodów wyeliminowałem kompresję widmową, co do której niemal zawsze mam mieszane uczucia - niby wszystko świetnie, ale wolę jak tego nie ma, przy czym mogę sobie woleć sam dla siebie, bo często moim klientom potrzebne jest brzmienie, którego charakter tworzą właśnie operacje MS i kompresja widmowa. Tym razem możliwe było jednak nadanie płytowego charakteru produkcji bez wspomnianych ingerencji. Delikatnie rozjaśniłem brzmienie przy użyciu “Curve Bendera” Chandlera, minimalnie skompresowałem utwór kompresorem Allana Smarta “C1″, po czym użyłem limitera Chandlera “Zener” z THD. Niewielki clipping na wejściu konwertera Mytek Digital 8 x 192 zlikwidowałem limiterem masteringowym z TC System 6000. Przy bounce’owaniu do wersji 16-bitowej użyłem ditheringu POWr #3. Efekt tej pracy oprócz swojego żywota w eterze, m.in. na antenie Polskiego Radia “Bis”, na stałe dostępny będzie tutaj (od 7 maja).
0COMMENTS
Patrycja Kosiarkiewicz - mastering singla
21 kwietnia dostałem propozycję zrobienia e-Masteringu singla Patrycji Kosiarkiewicz zapowiadającego nową, powstającą w “Ztudio”, płytę artystki. Potrzeba była ekspresowa, chodziło o zgłoszenie utworu na czas do Opola. Zrobiłem go więc na następny dzień po tym, jak zleceniodawca umieścił miksy (wersję płytową i singlową) na moim FTPie. Swoją drogą to niesamowite, że komunikacja między firmami oddalonymi od siebie ledwie o kilka ulic przebiega w ten sposób, jak się okazuje najskuteczniejszy, bo najszybszy.
Nie tak dawno, kiedy e-Mastering nie był jeszcze tak popularny jak dziś, obrót plikami via FTP miał zastosowanie głównie przy realizacji zleceń pochodzących z innego kontynentu, albo chociaż z innego kraju. Dziś nawet ze współpracownikami zza ściany (Musictoolz) nierzadko wymieniam mejle, albo smsy, zamiast pogadać - wszyscy jesteśmy tak mocno zajęci, że w ciągu całego dnia nie mamy ani chwili na tę archaiczną i przyjemną formę komunikacji…
Wracam do rzeczy - po wysłaniu zmasterowanego utworu w dwóch wersjach odebrałem miły telefon od producentów Patrycji Kosiarkiewicz z gratulacjami, że pokonałem wszystkich masteringowych konkurentów (nie wiedziałem, że to samo zlecenie trafiło do kilku studiów, a może moja praca była porównywana z cudzym serwisem z poprzednich zleceń “Ztudia”…) i niniejszym wygrałem przetarg na mastering pełnej płyty:)
0COMMENTS
Maryla Rodowicz “Jest cudnie”
Po pracach opisanych w poście “korekty miksów Maryli Rodowicz” przyszła pora na mastering. Terminy były tak napięte, że praktycznie należałoby zrobić mastering na dwa tygodnie przed zakończeniem zgrań;) Najpilniejsze z pilnych były dwa pierwsze single z utworami “Jest cudnie” i “Na odległość”. Na bazie wcześniejszych spotkań z Andrzejem Smolikiem i znajomości miksów “Jest cudnie” autorstwa Andrzeja wyrobiłem sobie pewne zdanie na temat jego preferencji brzmieniowych i polegając na nich zrobiłem pierwszy mastering singli. Starałem się zachować oryginalny charakter zgrań, żeby było stylowo - miękko, ciepło, aksamitnie, bez wysokiego RMSu, ’szpanerskiej’ wysokiej górki itp. W torze masteringowym dźwięk nasycała dwucalowa taśma analogowa (Studer A80), przed nią balans częstotliwości do saturacji ustawiałem na Chandlerowskim “Curve Benderze”, po taśmie sygnał trafiał do lampowego kompresora Thermonic Culture “Phoenix”, dalej pracował algorytm DXP MS z TC System 6000, super-limiter i generator harmonicznych Chandera “Zener” i zamykający tor brick-wall z TC S6k.
Przygotowane single zostały już rozesłane do pierwszych stacji radiowych, gdy Maryla Rodowicz wyraziła wątpliwość czy ich brzmienie nie jest zbyt ciemne. Przedyskutowaliśmy sprawę z Andrzejem i postanowiliśmy zmienić kierunek na bardziej komunikatywny, tak, aby album “Jest cudnie” łatwiej i szerzej mógł zostać pozytywnie odebrany. Potrzebne było trochę radiowego blichtru, trochę sznytu bogatej produkcji. Żeby to osiągnąć przebudowałem tor masteringowy. Idąc za sugestiami Andrzeja, który podczas trackingu ‘docieplał’ każdy ślad i saturował go jak tylko mógł, zrezygnowałem ze Studera i saturacji za pomocą taśmy analogowej. Scalającego miksy i wypełniającego nagrania pięknymi niższymi harmonicznymi “Phoenixa” zastąpiłem rewelacyjnym kompresorem Alana Smarta “C1″. W moim odczuciu to najlepszy kompresor SSL-owskiego typu, jaki kiedykolwiek słyszałem. O dziwo brzmi lepiej, niż jego droższy następca “C2″! Dzięki kompresorowi Alana Smarta uniknąłem dalszej saturacji i wydobyłem mnóstwo atrakcyjnych szczegółów przy zachowaniu większości oryginalnych proporcji i relacji planów dźwiękowych między sobą. “C1″ na pierwszy rzut ucha może wydać się przezroczysty, zwłaszcza po “Phoenixie” albo “Zenerze”, po chwili jednak wiadomo, że ma własny, interesujący charakter. Dodaje ‘nieprzesłodzonego lukru’ w sposób, który nie zamula, ani wyraźnie nie zmienia nagrań, wnosi jednak walor poważnej produkcji, potrafi tchnąć sporo życia do miksu, postawić orkiestrę na baczność:) Przed “C1″ zamiast poprzednio wybranego korektora Chandlera “Curve Bender” umieściłem sparowane korektory Millennia Media STT-1. Millennie grają tak jak wyglądają - jeśli potrzebna jest precyzyjna ingerencja i ’sygnatura miliona dolarów’ one potrafią to dać:) Generalny charakter brzmieniowy ukręciłem jeszcze w dziedzinie analogowej, potem ‘płytowe dmuchnięcie’, precyzyjną kontrolę pasm, delikatne wyeksponowanie wokalu i nośnych instrumentów rytmicznych i harmonicznych przeprowadzałem w TC System 6000 używając gdzieniegdzie precyzyjnego de-essera, a wszędzie korektora Massenburg Hi-Res EQ i algorytmu masteringowego DXP MS. Tak przygotowany sygnał wysłałem na analogowy limiter Chandler “Zener”, który dodał jeszcze trochę energii i zatrał artefakty kompresji widmowej i dematrycowania stereofonii do postaci MS i z powrotem. Poziom wyjściowy “Zenera” ustawiałem tak wysoko jak tylko konwertery AD Myteka wytrzymywały (potrafią znieść clipping na poziomie 6dB!!!), gdy jednak pojawiały się jakiekolwiek zniekształcenia, redukowałem sygnał wysyłany na AD. Po powrocie do domeny cyfrowej, aby ustawić maskymalny poziom sygnału poniżej / do -0,3dBFs, użyłem 72-bitowego, masteringowego brick-wall limitera z TC System 6000, a przy bounceowaniu do 16 bitów, na samym końcu, również ditheringu POW’r w wersji #3.
Ostatecznie RMS nie był jakiś szalenie wysoki z czego bardzo się cieszę, bo nie znoszę ‘zgniecionych’ płyt, których przesłuchanie w całości jest dla odbiorcy nudną katorgą. Muzyka pozbawiona oddechu zamienia się w natarczywe paskudztwo, cieszę się więc, że oddech udało się zachować. Jest też charakter poważnej produkcji, a różne dobre smaki, które były obecne w miksach, zostały zachowane… przygotowałem więc płyty matki i oczywście egzemplarz dla Maryli Rodowicz.
Po wysłuchaniu płyty po masteringu artystka poprosiła Andrzeja Smolika o przygotowanie wersji pięciu utworów z mniejszą ilością pogłosów i delaya na wokalu. Powodem tej prośby było wrażenie mniejszej intymności głosu, który staje się za sprawą efektów przestrzennych bardziej odległy. Sprawy logistyczne nieco się skomplikowały, bo po zakończonych miksach Andrzej zwrócił wypożyczony od Musictoolz konwerter Mytek 8 x 192 z kartą ADAT, niezbędny dla uzyskania oczekiwanej jakości i spoistości nowych wersji zgrań z resztą materiału (zgraną wcześniej na Myteku). Szczęśliwie się złożyło, że w studio miałem wolny jeden ze swoich 8 x 192, poprosiłem Myteków o wypożyczenie karty ADAT Andrzejowi, uzbroiłem konwerter, zawiozłem go do pracowni Andrzeja i już było jak miksować. Tego samego dnia wieczorem Maryla Rodowicz zapowiedziała swoją wizytę w Studio 333. Po zgraniu nowych wersji miksów i powrocie do studia, na Złotą, ledwie zdążyłem przygotować sesję tak, żeby umożliwić porównanie wersji starych z nowymi i pojawiła się artystka oraz Andrzej Smolik z Anią Głuszko, która właśnie skończyła pracę nad oprawą graficzną płyty “Jest cudnie” - okładka z tygrysem rzeczywiście jest cudna:) Obecny przy tym ostatecznym etapie prac nad płytą był również Marcin Russek z SonyBMG. Po dokładnym przesłuchaniu pięciu nowych wersji i serii porównań zdecydowaliśmy się wykorzystać cztery z nich. Sugestie artystki sprawdziły się, warto było je zastosować.
Nowe miksy spowodowały konieczność zrobienia masteringu jeszcze raz. Wybrane cztery utwory w nowych wersjach musiałem ‘domasterować’ do reszty. Każdy z nich wymagał indywidualnego opracowania, innych korekt balansu częstotliwościowego i przestrzeni, innych ustawień kompresorów i limitera. No i standardowo nie było na to czasu;) Pracowałem do północy i od świtu, żeby zdążyć z nowym masteringiem i przygotowaniem kompletu płyt matek na 15:30 następnego dnia. Gdy kierowca z SonyBMG przyjechał na umówioną godzinę, właśnie podpisywałem ostatnią ‘matkę’. Udało się:) Premiera 12 maja.
0COMMENTS
Kayah w Studio 333
Niedawno miałem przyjemność gościć w Studio 333 i pracować z Kayah. To bardzo miła i mimo swego statusu przystępna osoba, która przy mikrofonie pokazuje wielką klasę. Po pierwszym podejściu praktycznie mogliśmy zakończyć nagrania, drugie było potrzebne ‘tak tylko dla przyzwoitości’;) Chórki - cztery głosy, wszystkie z dublami, Kayah zaśpiewała każdy “na gotowo” za pierwszym razem - wszystkie były równe, czyste i świetne interpretacyjnie! Niewielkie, dobrze wyważone, różnice między nimi spowodowały, że powstały wielogłos nie brzmiał jak wypreparowany na komputerze, tylko jak prawdziwy, mocny chór. Do nagrań użyłem Braunera VM-1 w parze z genialnym pre-ampem Lipiński Sound L-408, którego cenny prototyp mam przyjemność eksploatować. Jeżeli ktoś uwielbia brzmienia straych przedwzmacniaczy takich jak WSW albo V72, pełnię ich brzmienia, miękką, mocną podstawę, a jednocześnie tęskni za szybkościa, mikrodynamiką i otwartą górą, jak np. w Milleniach - L-408 jest spełnieniem marzeń - ma w sobie jedno i drugie, i każde jakby jeszcze lepiej. Dodatkowo można go modelować - dwie niezależne regulacje gainu po każdym stopniu wzmocnienia, dwa przełożenia transforamtora, dodatkowe wyjście po pierwszym stopniu etc. Tor wokalny kończył konwerter Mytek Digital 8 x 192, ślady zapisywałem w 24 bitach, 88200Hz. Stanowisko wokalne obstawiłem dyfuzorami, żeby po skompresowaniu głosu mieć naturalną aurę, przestrzeń mogącą zastąpić krótki pogłos z maszyny. Wszystko razem dało bardzo dobry efekt. Chyba na tyle dobry, że Kayah zapowiedziała wspólną pracę nad jej płytą:)
Piszę trochę od środka nie wspomniawszy na początku ani słowa o tym co nagrywaliśmy… Andrzej Smolik produkował u mnie odnowioną wersję piosenki “Futbol”, którą w siedemdziesiątym czwartym śpiewała Maryla Rodowicz, a tym razem cztery osoby: Kayah, Kasia Kurzawska, Piotr Cugowski i Sebastian Karpiel-Bułecka. Każdy inaczej, wszyscy znakommicie. Andrzej Smolik swoją interpretację oparł na bardzo mocnym, stadionowym rytmie, z ogromną energią batucady. Oprócz nagrań perkusyjnych, basu i niewspółczesnych gitar elektrycznych nagrywaliśmy sekcję instrumentów dętych i organy Hammonda. Zdjęcia z tych nagrań i krótkie opisy uzupełnię póżniej, na co teraz brakuje mi czasu - sesja goni sesję, mam moc pracy, wracam więc do niej.
0COMMENTS
Janek Komar - prace reklamowe
Janek Komar oprócz zaangrażowania w offowe projekty i niekomercyjną twórczość autorską na co dzień para się komponowaniem muzyki do reklam.
Ostatnie dwa projekty - muzykę do spotów telewizyjnych Praktikera i Radamera Janek częściowo nagrał, a w całości zmiksował i zmasterował w Studio 333, ze mną za konsoletą.
Janek zaprosił bardzo dobrych muzyków, więc brzmieniowo i interpretacyjnie wszystko się zgadzało:)
Pierwszy projekt był przykładem pracy, która zawsze wydaje mi się smutna i zastanawiam się, czy nie lepszy od zarabiania na tym pieniędzy byłby spacer nad Wisłą na przykład… Chodzi o pracę robioną pod naciskiem klienta końcowego, którego specyfika jest taka, że odrzuci wszystko, co ma jakiekolwiek znamiona czegoś dobrego, który prawdopodobnie uważa, że odbiorca reklamy jest skrajnym idiotą i nie trafi do niego nic, co byłoby, broń Boże oryginalne, albo niepozbawione smaku. Nie kupuję tego sposobu myślenia i nie wierzę w jego siłę rynkową - to, że przekaz ma być komunikatywny dla szerokiej grupy odbiorców, moim zdaniem, nie wyklucza możliwości zrobienia czegoś ciekawego, intrygującego, wielowymiarowego i atrakcyjnego dla zróżnicowanego odbiorcy. Każdy kto naoglądał się nagrodzonych reklam z poświęconych im festiwali z zagranicy będzie wiedział o co chodzi - jakoś jednak da się zrobić coś z humorem, coś zaskakującego, ujmującego, co zapada w pamięć i stokroć bardziej służy swojemu celowi, niż miałka reklama numer milion piećset sześćdziesiąt osiem - jednym uchem wpadająca, drugim natychmiast wylatująca. Choć to wszystko truizmy popularny profil zleceniodawcy pozostaje taki sam. Zaniżanie poziomu opracowania relamowego z premedytacją kojarzy mi się ze starszliwą metodą “sędziów kompetentnych” stosowaną, może jeszcze do dziś, przez Super Ekspres. W skrócie polegała ona na tym, że każdy artykuł poddawany był ocenie przez grupę osób, tzw. sędziów kompetentnych, wyłonionych wg. klucza nielotności oraz skrajnej pospolitości i gdy cokolwiek w tekście nie było dla tych osób zrozumiałe zostawał on ponownie zredagowany, tak, aby uzyskał akceptację “sędziów”. Autor, który trzykrotnie popełniłby negatywnie oceniony materiał zostawał zwolniony. Równanie w dół pachnie mi manipulacją dla niecnych celów - głupcami łatwiej jest sterować, lepiej więc pielęgnować taki stan i doprowadzić do niego jak największą część populacji. Trochę się zagalopowałem w tych dygresjach, pewnie dlatego, że: a) frustrujące jest robienie czegokolwiek, co z założenia ma nie być dobre i ciekawe; b) jeszcze dlatego, że od czterech dni bez przerwy pada deszcz;)
Jakby na pocieszenie drugie zlecenie było ciekawe;) Ciekawe dlatego, że zachodziła w nim potrzeba stylizacji muzyki i jej brzmienia na klimat a la “czterdziestolatek”. Janek zasugerował nawet pójście jeszcze dalej - w strone brzmień preferowanych przez Woodiego Allena. Do “czterdziestolatka” nawiązywała więc bardziej sama kompozycja, a brzmienie zrobiliśmy nieco starsze i nie PRLowskie;) Żadnych bliskich planów, wstęgowe mikrofony - do całych bębnów jednie parka Royerów R-121 z preampami WSW Siemens und Halshke, a kilkanaście centymetrów nad nią dyfuzor, który dodał do sygnału skoncentrowanej energii z pierwszych rozproszonych odbić.
Propozycja miała dwie wersje - w pierwszym utworze lead grał saksofon, w drugim główna melodia była zagwizdana. Klient kupił do spotu wersję drugą.
0COMMENTS
CKOD “Afterparty”
W środę i czwartek gościłem w studio Kamila i Cinassa z Cool Kids Of Death. Pracowaliśmy nad rozszerzonym masteringiem najnowszej ich płyty “Afterparty” (w wersji polskojęzycznej). Rozszerzonym, ponieważ nie były to tylko operacje wykonywane na dwuśladowym zgraniu, ale także poprzedzająca je obróbka przygotowanych osobnych śladów: stopy, werbla, basu i stereofonicznej reszty składających się na pełny miks. Barwę każdego składnika wypracowałem oddzielnie używając do tego celu analogowego korektora, magnetofonu na szeroką taśmę i analogowego kompresora. Tor audio był zbliżony do opisanego w poście o pracy nad singlem CKOD, przy czym zgrania, które teraz dostałem były o wiele lepsze, pełniejsze.
Kamil i Cinass przyciśnieci deadlinem przez ostatnie dwa tygodnie zgrywali utwory pracując bez przerwy na dwie zmiany - jeden odpadał od komutera, budził drugiego i ten walczył póki coś słyszał, potem znowu zamiana, pobudka i tak codziennie… tak to jest z terminami. Póki nie zaczęliśmy działać wspólnie, na Złotej, w Warszawie, służyłem duetowi producenckiemu w miarę wypoczętym uchem - dostawałem sukcesywnie kolejne utwory, na których temat korespondencyjnie i telefonicznie wymienialiśmy uwagi. Zastanawiałem się co z tym materiałem zrobić, w jakim kierunku pójść i wydało mi się, że nie powinienem go zbytnio wygładzać, robić płyty ‘na wysoki połysk’. Pomyślałem, że najnowsza rzecz Cool Kidsów powinna przede wszystkim ujmować swoją niesamowicie żywiołową energią, autentyzmem, nawet za cenę sporadycznej szorstkości i nie maskowania faktu, że jest to prodkucja zrobiona w większej części w domu, przez współautorów muzyki. Uzgodniwszy kierunek z artystami poszedłem w to, czyli m. in. w śmiałe distorty. Pracując nad barwą starałem się zachować post punkowy, udergroundowy charakter produkcji. Pod sam koniec prac nad “Afterparty” nastąpiła obsuwa w czasie i na końcowy mastering zostały nam jedynie dwa dni (wolałbym mieć ich pięć, a w tym czas na “wyprostowanie” uszu i “przewietrzenie” głowy, niezbędne do wiarygodnej auto-weryfikacji). Oczywiście daliśmy radę, również dzięki temu, że produkcja dojrzewała już od jakiegoś czasu (wiadomo było o co chodzi) i strategiczne decyzje dotyczące brzmienia albumu podejmowaliśmy jeszcze an świeżo. Tak czy owak, z deadlinem nie ma polemiki, nie było możliwości, żeby miało się nie udać, żebyśmy nie zdążyli - w piątek rano w tłoczni czekali na ‘matki’ do produkcji pierwszych kilkunastu tysięcy płyt…
Poniżej umieszczam zdjęcia dokumentujące walkę do ostatniej chwili - już w studio masteringowym Kamil i Cinass exportowali poprawione składowe sub-mixu.
![]()
Za jakiś czas będziemy pracowali nad wersją anglojęzyczną. Pewnie podejdziemy do tematu z nowym spojrzeniem, więc i rezultat końcowy nie będzie do końca taki sam jak na wersji “Afterparty” w języku ojczystym. Szykuje się więc kolejna gratka dla fanów CKOD.
0COMMENTS