“Starsi Panowie” na pierwszym miejscu!:)
Z przyjemnością donoszę, że płyta “Starsi Panowie”, której aranżację, produkcję muzyczną i postprodukcję właśnie doprowadziłem do końca, od kilku dni znajduje się na pierwszym miejscu najlepiej sprzedających się płyt w przedsprzedaży w EMPiku! Jako że jestem również współproducentem wykonawczym albumu ta wiadomość cieszy mnie podwójnie;) Premiera zaplanowana jest na dzień 7 maja 2010.
Oto program premierowego nakładu:
1. Tanie dranie - Maciej Maleńczuk, Paweł Kukiz
2. Smutny deszczyk sobie mży - Maciej Maleńczuk
3. Utwierdź mnie - Ewelina Flinta
4. Moja dziewuszka nie ma serduszka - Paweł Kukiz
5. W czasie deszczu dzieci się nudzą - Kayah
6. Shimmy szuja - Renata Przemyk
7. Zmierzch - Ewelina Flinta
8. Tango kat - Renata Przemyk
9. Cóź Ci to ja uczyniłem - Paweł Kukiz
10. Szarp pan bas - Kayah
11. Bez Ciebie - Maciej Maleńczuk
W pierwszym wydruku poligrafii przepracowany i przeciążony wówczas wydawca wysyłając w nocy kolejność utworów do przygotowania projektu okładki płyty załączył przedostatni projekt programu albumu, zamiast ostatniego, skutkiem tego dwa utwory są ze sobą zamienione (#7 z #9) - musiałem zmieć kolejność kompozycji przygotowując płyty matki, żeby wszystko zgadzało się z informacjami na obwolucie, muzycznie / dramaturgicznie nastąpiła więc nieplanowana zmiana, ale dramatu i tak nie ma;) W kolejnych dodrukach kolejność zostanie zmieniona na docelową:
1. Tanie dranie - Maciej Maleńczuk, Paweł Kukiz
2. Smutny deszczyk sobie mży - Maciej Maleńczuk
3. Utwierdź mnie - Ewelina Flinta
4. Moja dziewuszka nie ma serduszka - Paweł Kukiz
5. W czasie deszczu dzieci się nudzą - Kayah
6. Shimmy szuja - Renata Przemyk
7. Cóź Ci to ja uczyniłem - Paweł Kukiz
8. Tango kat - Renata Przemyk
9. Zmierzch - Ewelina Flinta
10. Szarp pan bas - Kayah
11. Bez Ciebie - Maciej Maleńczuk
Kayah i Kabaret Starszych Panów
W piątek zapadły decyzje o zmianie obsady na płycie “Starsi Panowie” z piosenkami Kabaretu. Utwory “W czasie deszczu dzieci się nudzą” i “Szarp Pan bas” zdecydowała się zaśpiewać Kayah!
Ostateczna lista wokalistów wygląda następująco: Maciej Maleńczuk, Paweł Kukiz, Kayah, Renata Przemyk i Ewelina Flinta.
Wczoraj gdy pracowaliśmy nad “W czasie deszczu…” poprosiłem Kasię, żebyśmy zastąpili słowo “milusińscy” śpiewane oryginalnie niskim głosem (niemal growlem) chórem z niej stworzonym. Kasia zaproponowała, żeby był to chór głosów dziecięcych (milusińscy), a ja żeby w takim razie były to dosyć wredne bachorki, a nie słodkie dzieciątka;) Zabawa była przednia, no i w efekcie powtało coś, co stało się prawdopodobnie najbardzej charakterystycznym elementem utworu. Pod koniec psychodeliczny chórek dołącza do głosu głownego, co pięknie się zespaja z katarynkowo-wesoło-miasteczkowych klimatem piosenki.
Zainspirowani tym, co Kayah wniosła do utworu siedzieliśmy potem ze Zbyszkiem Szmatłochem w studio do drugiej trzydzieści w nocy dogrywając mandolinowate gitary (na starym półakustycznym Gibsonie z pięćdziesiątego ósmego) wężykujące wokół linii leadu. Jest dobrze:)
Dziś nagraliśmy wokal do “Szarp Pan bas”. W 40 minut było po sesji. Nie było sensu mnożyć wersji, gdy były już zarejestrowane conajmniej dwie znakomite. Kayah pokazała klasę!
Przed chwilą dokonałem pierwszego zgrania płytowego “Szarp Pan bas”, jutro siadam do “W czasie deszczu dzieci się nudzą”. Ponieważ mam deadline na karku ostatnio rzadko wychodzę ze studia przed trzecią;) Za niecały miesiąc premiera płyty!
Comments OffCOMMENTS
Paweł Kukiz
Nagraliśmy dziś z Pawłem Kukizem wokale do trzech piosenek Kabaretu Starszych Panów: “Moja dziewuszka nie ma serduszka”, “No co ja ci zrobiłem?” i “Tanie dranie”.
Nie sposób nie ubawić się przy tych wspaniałych tekstach… choć z drugiej strony obcując z tak wybitną wyobraźnią, polotem i lekkością mam często przykre wrażenie, że nie ma już dziś takich autorów, ludzi takiego pióra, takiej skali, że to niestety wielkość bezpowrotnie miniona… Dla przypomnienia cytuję pod zdjęciem z sesji jedną z perełek.
Jestem szczególnie zadowolony z wykonań “Mojej dziewuszki” i “Tanich drani” - wydaje mi się, że dzięki interpretacji Pawła płyta zyskała kolejny wymiar.
W “Tanich draniach”, które będą pierwszym singlem radiowym, oprócz zarejestrowanych już głosów Macieja Maleńczuka i Pawła Kukiza, zamierzam poprosić Marię Peszek o zaśpiewanie niektórych kwestii - wyobrażam sobie, że Marysia byłaby idealną draniówą, co uwspółcześniłoby dodatkowo przekaz;)
“Moja dziewuszka nie ma serduszka”
Dziewczę poznałem prześliczne
i zmysły eksplodowały –
i w arabeski magiczne
nam ciała pozaplatały.
Jednak w zbliżeniu dusz
trudniej nam było o splot –
była nieczuła i już,
już wkrótce wiedziałem, że ot …
Moja dziewuszka
nie ma serduszka
i nie wiadomo co w zamian ;
może skarbonkę w formie jabłuszka,
co z pestką z perły podzwania ;
może zegarek firmy nieznanej
złotą kołatką szeleści –
lub precyzyjny inny mechanizm
werk ma misterny w jej piersi… ?
Chłodem jej miłość mnie truła,
choć ciało było życzliwe.
Ja zaś ogromne jak buła
mam serce oraz nadwrażliwe.
Więc pochwyciłem nóż
i – że to niby dla psot –
pierś jej rozciąłem, i już,
już wkrótce wiedziałem, że ot …
Moja dziewuszka
nie ma serduszka –
nie ma serduszka, a w zamian
ani skarbonki w formie jabłuszka, co pestką z perły podzwania,
ani zegarka firmy nieznanej
co by kołatką szeleścił.
Był tam zwyczajny świerszczyk blaszany –
Com go niechcący uśmiercił.
Comments OffCOMMENTS
Ewelina Flinta
Pracuję z Eweliną nad dwoma utworami na płytę Kabaretu Starszych Panów: “Utwierdź mnie” i “Zmierzch”. Pierwszy, znakomicie zaśpiewany, już mamy, drugi się rodzi. Premiera płyty być może już w kwietniu.
Comments OffCOMMENTS
Monika Brodka i TVN w Studio 333
W sobote, absurdalnie wcześnie, miałem w studio najazd telewizyjny przy okazji rozpoczynającej się współpracy z Moniką Brodką i jej producentem Bartoszem Dziedzicem. Archiwa z programu Dzień Dobry TVN dostępne są w dwóch odcinkach pod linkami, które umieszczam pod cyframi: 1, 2.
Comments OffCOMMENTS
Renata Przemyk
W ramach produkcji płyty z piosenkami Kabaretu Starszych Panów miałem przyjemność pracować z Renatą Przemyk nad utworami “Shimmy szuja” i “Tango kat”.
W klimacie zerosiedemset nagrywaliśmy takie kawałki: “Katuj! Tratuj! Ja przebacze wszystko Ci jak bratu! Męcz mnie! Dręcz mnie! Ręcznie! Smagaj, poniewieraj, steraj, truj! Ech butem, knutem, znęcaj się nad ciałem mem zepsutem”:)
Było tyle śmiechu podczas sesji, że aż artystka zapytała mnie ‘czy my się za dobrze przy tym nie bawimy’?;) Atmosfera w jakiś sposób zostaje utrwalona w nagraniu. Bardzo bym chciał, żeby ta wesołość udzieliła się słuchaczom!
Comments OffCOMMENTS
Maciej Maleńczuk
Nagraliśmy trzy utwory z repertuaru Kabaretu Starszych Panów: “Smutny deszczyk”, “Bez Ciebie” i “Tanie dranie”. W ostatnim z nich oprócz Macieja Maleńczuka zaśpiewa również Muniek Staszczyk. Piosenki wejdą na płytę anonsowaną w poprzednim poście. “Tanie dranie” obstawiam jako pierwszy singiel;)
Zadanie nie było łatwe, bo nie sposób mierzyć się z Wiesławem Michnikowskim. Żeby uniknąć bezpośredniej konfrontacji zrobiliśmy to w nieco inny sposób. Maciej zaśiewał wszystko nieprawdopodobnie nisko i zabrzmiało to fantastycznie. Będzie to nie lada gradka, pewnie zwłaszcza dla fanek artysty;)
Załączam kilka pamiątkowych (telefonicznych) zdjęć z sesji nagraniowych do tych utworów.








Comments OffCOMMENTS
Kabaret Starszych Panów
Na zlecenie QL Music rozpocząłem prace nad produkcją muzyczną płyty, która będzie się składała z jedenastu piosenek z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. Zaśpiewają Maciej Maleńczuk, Muniek Staszczyk, Maria Peszek, Maria Sadowska i Gaba Kulka. Zagrają: Gerard Niemczyk, Michał Jaros, Michał Jelonek, Zbyszek Szmatłoch, Tomek Grzegoski i Michał Wróblewski, który rozpisze też głosy sekcji smyczkowych i dętych. Premiera płyty ma odbyć się jeszcze przed wakacjami.



Comments OffCOMMENTS
Gareth Saunders
Niedawno otrzymałem od Sony Music propozycję zajęcia się produkcją muzyczną utworów Garetha Saundersa - londyńczyka mieszkającego teraz w Warszawie. Gareth jest bardzo świadomym i dojrzałym kompozytorem i muzykiem, gra na wielu instrumentach, pisze dla siebie teksty. To typ samorodnego talentu robiącego muzykę z potrzeby serca bez nastawienia się na sukcesy. Pewnie dlatego w tej muzyce nie ma żadnych obciążających słychacza pretensji. Miło słucha się znakomitej angielszczyzny pięknie brzmiącej w utworach pobrzmiewających historią brytyjskiej muzyki w jej najszlachetniejszych postaciach (The Beatles, początki King Crimson).

Na początek trzeba było przygotować trzy utwory zwiastujące album, potem zrobimy całą płytę, która zaistnieje najpierw lokalnie, a później, jak się poszczęści, również globalnie. Ponieważ w tym samym czasie pracuję nad drugim albumem holenderskiego Tres B zaproponowałem Sony Music, żeby pracą producencką nad utworami Garetha zajął się Zbyszek Szmatłoch, a ja chętnię pomogę już na etapie nagrań i zajmę się postprodukcją. Gareth i Zbyszek parę razy się spotkali czego wynikiem było rozpoczęcie współpracy. Zbyszek wybrał muzyków, zorganizował zespół i próby razem z Garethem. W stworzonym dla Garetha składzie pojawiła się niezbędna chemia, a producencka praca Zbyszka dała bardzo dobre rezultaty, czego doświadczyłem odwiedzając zespół na ostatniej próbie. Gdy prace nad utworami zostały zakończone zaczęliśmy nagrania. Do każdego numeru stroiliśmy bębny osobno. Potem kolejno wbijaliśmy wszystkie instrumenty, część z nich pokazuje dokumentacja fotograficzna - niestety to tylko pamiątkowe zdjęcia zrobione iPhonem, ich jakość jest okropna, ale klimat sesji jakoś i tak zdaje mi się być wyczuwalny;)













Gdy doszliśmy do nagrań wokalnych postanowiłem przetestować ledwie kupiony kompresor Thermonic Culture “The Phoenix” w wersji masteringowanej, z limitowanej serii, na którą udało mi się załapać;) Firma UPS zgubiła pierwszy wysłany do mnie z Anglii egzemplarz (na szczęście ubezpieczony przez MusicToolz) więc nie byłem pewien czy kolejny dotrze na czas, na sesję, ale udało się. Podczas nagrań, dla bezpieczeństwa, zapisywałem równolegle ślad bez kompresjii: sygnał z Braunera VM-1 wędrował do modyfikowanych przedwzmacniczy WSW Siemens und Halshke, potem do korektora i de-Essera Millennia Media STT-1, z którego wyjściem direct wprowadzałem go na konwerter Mytek Digital 8×192, a wyjściem głownym kierowałem na wejście Phoenixa. Znałem Phoenixa bardzo dobrze z wersji standardowej, a ponieważ wydał mi się chyba najbardziej muzykalnym kompresorem jaki słyszałem zainwestowałem w odmianę maksymalną. Niedawno podczas sesji Tres B zauważyłem jak nawet znakomitej wokalistce, mającej totalną kontrolę nad głosem i jego dynamiką, w niektórych utworach kompresor (wtedy Shadow Hills “Mastering Compressor”) potrafił bardzo pomóc. Taka dobra informacja zwrotna jest bardzo inspirująca dla artystów. Bazując na tych doświadczeniach nie wahałem się zaproponować tego rozwiązania Garethowi. Ustawiłem subtelną korekcję i bardzo delikatny analogowy de-Esser jeszcze przed kompresorem. Phoenix z Side Chainem zadziałał niewiarygodnie dobrze. Jak to Phoenix cudownie wybudował podstawę nasycając żródło niskimi harmonicznymi, dźwięk z niego płynący był jednocześnie bogaty, miękki i otwarty, a w tej wersji miałem wrażenie, że był otwarty jak nigdy dotąd;) Ze zdziwieniem obserwowałem wskaźnik pokazujący głebokość kompresji - nawet gdy dochodziła do 12dB pozostawała niewyczuwalna! Zaszokowany jego działaniem zrobiłem filmik przy pomocy telefonu, żeby uwiecznić ten fenomen, może go tu podlinkuję.
Nagrania wokalne zaczęliśmy od Tomka Toczkowskiego śpiewającego drugi głos i część chórków, również wspaniałe niskie linie. Poźniej nagrywałem śpiew Garteha. Artysta zadowolony z osiąganych rezultatów i znakomicie przygotowany, szybko i bez kłopotów zaśpiewał wszystkie utwory. Do niektórych partii, żeby zróżnicować brzmienie głosów między sobą, zmieniałem komresor na innego super-killera: amerykański Shadow Hills “Mastering Compressor”, który ma całkiem inną osobowość, niż “The Phoenix”. Nagrywając przez Shadow Hillsa bazowałem głownie na doskonałym i bardzo wydajnym kompresorze optycznym, z niewielką domieszką łagodnej kompresji 1,2:1 z obwodów “Discrete” wybierając na wyjściu transformator “Iron”.
Miksy rozpocząłem od przygotowania brzmienia stopy i werbla (oraz grającego przez minutę kotła basowego) przy pomocy korektora AMS Neve 8803 (uwielbiam jego działanie przed taśmą), magnetofonu szerokotaśmowego Studer A80 i kompresora “The Phoenix - Master Compressor 11th Anniversary Edition”. Overheady i ambiencey zostawiłem nietknięte, z ich pełną dynamiką i pasmem. W trakcie zgrań okazało się, że sposród wszystkich śladów kompresji wymaga tylko gitara Gretsha nagrana z echem taśmowym (Tube Tape Echo Fulltone’a) - bez kompresji powtórzenia delaya ginęły w miksie, a atak był zbyt mocny. Phoenix załatwił sprawę po mistrzowsku. Do kilku partii przy pomocy TC System 6000 przygotowałem delikatne FXy. Jako pogłos na wokale najlepiej sprawdziła się nieśmiertelna (modyfikowana) płyta pogłosowa EMT140. Zanim podeszliśmy do szlifowania proporcji wybrałem urządzenia do masteringu i ustawiłem je w taki sposób, żebyśmy mogli miksując słuchać utworów już po masteringu i zmieniać wszystko, co trzeba zrobić selektywnie, na etapie miksu, a co trzeba zrobić na sumie, korygując setup masteringowy. Dzięki tej metodzie zachowaliśmy absolutną kontrolę nad rezultatem końcowym. Pracując w ten sposób uniknąłem niespodzianek na ostatnim etapie pracy przy postprodukcji.
Nie wspomniałem o tym jeszcze, ale oczywiście, jak zawsze w Studio 333, wszystkie etapy pracy od początku nagrań do końca postprodukcji przeprowadzane były na najlepszym, często modyfikowanym dodatkowo sprzęcie, w jakości High Definition i kontrolowane w dużej reżyserce masteringowej na laboratoryjnie krytycznym odsłuchu;) Ma to znaczenie!!!;) Gdy muzycznie wszystko się zgadza, jak tym razem, technika na najwyższym poziomie pięknie służy udanej produkcji, a satysfakcja płynąca z pracy jest nieprzeliczalna:)
Gotowe utwory przekazałem do dyspozycji Sony Music oraz Garethowi, który poleciał z nimi na święta do Anglii. Po nowym roku okaże się co dalej.
Comments OffCOMMENTS
pauza w blogu
Jest takie stare chińskie przekleństwo: “oby twoje marzenia się spełniły”. Otóż moje, z puli dotyczącej produkcji muzycznej i pracy w studio, spełniły się w stopniu uniemożliwiającym mi zajmowanie się czymkolwiek innym, niż muzyką i dźwiękiem. Nie sposób po całodniowej sesji wymagającej zawsze totalnego zaangażowania i koncentracji jeszcze siedzieć później przy klawiaturze, żeby opisać minione zdarzenie. Często nie miałem nawet wolnej chwili, żeby wpisać czekające mnie sesje do kalendarza studia dostępnego online. Tak minął mi ostatni rok.
Nadal bardzo cieszę się tym co robię, jednak aby zachować świeżość muszę trochę odpuścić - pracować krócej, niż 16 godzin codziennie i czasami udzielać sobie samemu urlopu, wyjechać gdzieś, zostawić studio na chwilę… Jednak żeby zarobić na czynsz i raty za bieżące, spore inwestycje studio musi pracować non stop. Dlatego nie mogę wszystkich zleceń realizować w pojedynkę. Coraz częściej i z dużym powodzeniem sesje w Studio 333 prowadzi wspaniały muzyk i producent muzyczny Zbyszek Szmatłoch. Człowiek sprawdzony w boju i godny zaufania. Jeżeli pracy będzie jeszcze wiecej być może zaproszę do współpracy jeszcze kogoś.
W odpowiedzi na prośby, które miło mnie zaskoczyly, chciałbym wrócić do regularnej publikacji postów poświęconych aktualnym zdarzeniom z życia studia, a także dygresjom nt kondycji branży fonograficznej i przyległych. Może też wspomnę o kilku minionych produkcjach, miksach i masteringach, jakie popelnilem od czasu gdy zamilkłem na tym blogu. Żeby regularne publikacje były możliwe muszę zmodyfikować dawny na nie pomysł ograniczając się do relacji fotograficznych zaopatrzonych w lakoniczne opisy. Nie będę już czekał z pisaniem do zakończenia prac lub ich etapu, bo to zbytnio wszystko rozwlekało.

Comments OffCOMMENTS
très.b
très.b to paka, która ucielieśnia marzenie wielu muzyków - wynajęli wspólnie dom, żeby w garażu urządzić salę prób i w całości poświęcić się wspólnemu graniu. Przez 6 lat grali razem i mieszkali w Maastricht, niedawno przenieśli się do Amsterdamu. Skład très.b to miedzynarodowa mieszanka: na bębnach gra Angliko-Duńczyk Tom Pettit, na basie wspaniale śpiewająca Polka - Misia Furtak, na gitarze i w chórkach Olivier Heim - pół Holender, pół Amerykanin.
W ich muzyce jest coś niesamowitego - ogromne porozumienie i śmiałość w serwowaniu samego sedna, bez zbędnej, w wypadku esencjonalnych kompozycji, wirtuozerii, bez solówek i popisów. Wydaje mi się, że to w dużym stopniu czar wynikający z absolutnego braku kompleksów i potrzeby udawadniania czegokolwiek komukolwiek. A właściwie dużo więcej. Słuchając płyty odpoczywam i ładuje akumulatory. Zdaje mi się, że muzyka très.b działa w ten sposób, ponieważ członkowie grupy osiągneli w sobie i między sobą rzadki stan harmonii i szczęścia, które to przepełniają ich muzykę i są pozytywnie zaraźliwe;) Płyta zaczyna się lekko i stopniowo ewoluuje ku coraz większym głebinom. Wciąga. To cała podróż. Bardzo miła i dobrze pomyślana.
Ale co ja właściwie robiłem dla très.b? Już dochodzę do rzeczy. W 2007 zespół z pomocą zaprzyjaźnionego muzyka uprawiającego home recording zarejestrował swoją debiutancką płytę. Nie była to bardzo zawodowa produkcja, ale rzecz całkiem ‘czujna’, może po prostu sama muzyka się obroniła…. très.b zainteresował się producent znany ze współpracy m.in. z Nickiem Cavem (i to przy “Murders Ballads”!) VIctor Van Vught. Wziął na warsztat jeden utwór “Ola”, na specjalnych warunkach, bo jego normalna minimalna stawka to 10000 Euro netto za utwór! très.b zachęceni tym, co można zrobić z ich płytą , zwrócili się do mnie z propozycją, żebym odświerzył pozostałe utwory (na poziomie pracy Victora!). Rozmowa zaczęła się od kreatywnego masteringu, jednak gdy posłuchałem starych miksów poprosiłem o ślady, żeby zająć się najpierw każdym instrumentem (lub ich grupą) z osobna, robiąc jakby mastering tracków, a dopiero potem zgrywać masterując równocześnie sumę.
Na pierwszym etapie prac w studio odwiedzili mnie Misia i Oli. Czasem jest tak, że ludzie są nie tylko bardzo otwarci i naturalnie mili, ale też okazuje się, że tak samo czujemy muzykę, a co za tym idzie, podobnie kombinujemy pracując nad nią. Muzycy po dwóch dniach wyjechali z Warszawy zapewniając mnie, że po tych klikunastu godzinach obserwacji mojej pracy (podejmowanych decyzji) są spokojni o jej rezultaty. Taki kredyt zaufania ogromnie uskrzydla:) I zobowiązuje. W przedpożegnalnych rozmowach pojawiły się pierwsze propozycje dotyczące naszej ewentualnej współpracy przy produkcji drugiej płyty très.b, którą miałbym współprodukować w Studio 333 ramię w ramię z Victorem Van Vughtem.

Pracę nad ponownymi zgraniami w oparciu o ślady, a czasem ich grupy (np. suma gitar) rozpocząłem od bębnów i basu (po uprzedniej konwersji wszystkiego do 24b/88k2). Sprawdziłem kilka korektorów i kompresorów na śladach perkusji. W nagraniach brakowało mi harmonicznych, żeby je dobudować użyłem niezawodnej 2-calowej taśmy taśmy i wielkiego 16-śladu Studera A80. Żeby odpowiednio wymodelować nasycenie pasm, przed wysyłką na taśmę zapiąłem korektor. Dla stopy i werbla absolutnie wymarzony dla osiągnięcia tego, co chciałem (w skrócie: Modern Vintage) okazał się niepozorny equalizer Neve 8803. Po nim i po taśmie instrumenty odżyły. Żeby złagodzić nieprzyjemne, kłujące w uszy blachy i zbyt twarde składowe transjentów z amatorskich konwerterów jakie były użyte w nagraniu, wybrałem prędkość 15 cali na sekundę - dzięki temu góra się cudownie uspokoiła, stała się przyjazna, choć nie zrobiła się matowa i zamknięta. Ta technika daje całkiem inne rezultaty, niż np. sam de-Essing i korekcja.
Bas puściłem przez piec Edena (Metro 500) i zgrałem go wspaniałym mikrofnem Telefunkena ELA M 251f z modyfikowanymi preampami WSW Siemens & Halshke. Jak zauważyłem nagrywając na niego wokale ELA M 251 potrafi jakby przenosić najniższe basy nieco wyżej (bez podcięcia w najniższym dole), nasyca harmonicznymi cały niski środek, bez zamulenia, i czyni tak zarejestrowany instrument bardziej odpornym na odsłuch w rozmaitych warunkach (np. gdy brak podstawy w basie). Nowy bas z nowymi bębnami dodały mnóstwo energii utworom. Na ich bazie zacząłem pracować nad gitarami i wokalami. Gitary również nasyciłem przy pomocy korektora (pasywny, pulltecowski EQ - Thermonic Culture “The Pullet” z pre-ampami WSW) i taśmy.
Wokale opracowałem najlepszym i najbardziej transparentnym ze znanych mi de-Esserem - z TC System 6000, przedwzmacniaczami liniowymi, transformatorem i korektorami z tweakingowanych Millennia Media STT-1 oraz kompresorami Elysia “Alpha” i Thermonic Culture “Phoenix”. Phoenixem, z ciemniejszą korekcją, wybudowałem podstawę, nadałem masy wokalom, natomiast na Elysii (z EQ dodającym brakującej oryginalnym śladom góry - tej najwyższej i tej gdzie usytuowany był oddech) osiągnąłem lekkość, szybkość i otwarte brzmienie głosu. Zmierzyłem opóźnienia i skompensowałem je na śladach tak, żeby móc jednocześnie opracować brzmienie wokali na obu kompresorach i korektorach naraz. W każdym utworze oczywiście trzeba było dokonać pewnych korekt poziomów i EQ, ale generalny kierunek pozostał ten sam. Zgrane ślady były zsynchronizowane co do sampla - mając je osobno dostępne na parze śladów dla każdego głosu mogłem ustawiać ich proporcje między sobą odpowiednio dla każdego utworu.
Gdy już wszystko nabrało rumieńców i zacząłem przymierzać się do zgrań spróbowałem analogowego sumowania przy pomocy urządzeń Folcrome’a i Neve’a. Byłem do tego bardzo pozytywnie nastawiony, spodziewałem się, że do celu, który chciałem osiągnąć, wyniki sumowania analogowego versus wysokiej precyzji cyfrowe sumowanie w Pro Toolsie HD, w sesji 24b/88k2, będą lepsze. Jednak, niezależnie od apetytów i przewidywań okazało się, że miksowanie w Pro Toolsie HD biło na głowę opcje analogowe. Ponieważ nie jestem “po żadnej ze stron” - nie walczę jako ‘rycerz analogu’, ani ‘piewca cyfry’, wybrałem drogę, która dawała najlepsze (i bardzo dobre) rezultaty i zgrałem cały materiał na HaDeku. Nie chcę przez to powiedzieć, że to zawsze i w każdym wypadku najlepsza opcja, tego przed doświadczalnym sprawdzniem nigdy nie wiem, natomiast był to już któryś z kolei test, gdzie mixer PT HD zmiażdżył inne, jednakowo łatwo dla mnie dostępne, opcje.
Gdy wybrałem metodę miksowania zacząłem szlifować proporcje. Miałem wszystkie utwory ustawione w jedej sesji dzięki czemu starałem się, obejmując łatwo całość, nadać płycie rozwój, lub też podążać rozwojem brzmienia za tym, co dzieje się z nastrojem kolejnych kompozycji. Miksowanie w studio masteringowym daje wielki spokój - kontrola rezultatów w warunkach totalnie wiernych odsłuchów to komfort, o którym zawsze marzyłem, tak samo, jak o możliwości jednoczesnego miksowania i masterowania, co zrobiłem w tym wypadku, dzięki czemu miksując płytę miałem pełną kontrolę nad ostatecznym skutkiem każdej decyzji. To dobra strona, inna jest taka, że czasem nie jest łatwo ‘dojść smaku’ i gdy cokolwiek jest nie tak, jakby się chciało, nie sposób na to przystać - super krytyczny odsłuch obnaża wszystko bezwzględnie. Tak też, w pracy nad miksami albumu très.b, nie pozwolił mi zachwycić się żadnym ze znanych mi pogłosów cyfrowych. Reverby z TC System 6000, które są znakomite i w większości aplikacji sprawdzały się świetnie, tutaj kompletnie nie były tym, co chciałem usłyszeć. Sięgnąłem po maszynę Bricasti Design - to samo. Lexicona nawet nie starałem się sprawdzać, bo też nie byłoby to to. Czułem potrzebę dodania szczypty pogłosu do wokali, chciałem przełamać w ten sposób brzmienie nie najlepszego pomieszczenia, w którym zespół kiedyś nagrywał. Chciałem też trochę zaczarować w kilku bardziej nastrojowych utworach. Ponieważ cyfrowe pogłosy w tym wypadku się nie sprawdziły pomyślałem, że pewnie płyta pogłosowa mogłaby być rozwiązaniem problemu, że mogłaby doskonale dopełnić działania taśmy analogowej i zachować głęboki i okrągły charakter wypracowanego już brzmienia. Niestety moja płyta nie była sprawna. Kupiłem ją już chyba 10 lat temu. Nie zmieściła się do pierwszego transportu (Volkswagen Transporter był dla niej za krótki…), potem jakoś nie było kiedy, aż dopiero niedawno ściągnąłem ją do studia, na Złotą. Skontaktowałem się ze znakomitym elektronikiem, Grzegorzem Jankowiczem, doświadczonym w arcypoważnych pracach pro-audio (dla Lipiński Sound) i poprosiłem go o uruchomienie i modyfikację mojej płyty pogłosowej EMT 140. Ponieważ jest to absolutnie kultowe urządzenie Grzegorz mógł w miarę szybko wyszperać w sieci brakujących w oryginalnej dokumentacji detali. Po remoncie silnika sterującego mechanizmem pozwalającym na regulację długości czasu pogłosu Grzegorz postawił na nogi zasilanie, przerobił oryginalne wejście i wyjscia tuhlowskie na XLRy, a także dorobił prowizoryczny sterownik. Wpuściłem wokal na płytę i żeby posłuchać co się stanie kucąłem przy otwartej jeszcze skrzyni vis a vis grającego arkusza szlachetnej blacy o powierzchni ok. 3m2. To co usłyszałem sprawiło, że oniemiałem z wrażenia i zachwytu. Miałem nadzieję, że będzie fajnie, oryginalnie, vintageowo, ale czegoś tak doskonałego się nie spodziewałem. Dźwięk był po prostu boski. Podłączyliśmy wyjścia i posłuchaliśmy powrotów w reżyserce. Było też bardzo dobrze, ale nie aż tak lekko jak bezpośrednio na płycie. Przegadaliśmy temat i Grzegorz przystąpił do modyfikacji - w ciągu tygodniowych intensywnych prac zmnienił i wzmocnił zasilanie, wyrzucił z toru sygnałowego elektrolity, przedwzmacniacze przebudował i upgradeował do pracy w czystej klasie A. Zrobił mnóstwo rzeczy, łącznie z regulacją naprężenia samej płyty, o których to zabiegach wspomnę w osobnym poście. Odpaliłem urządzenie po modyfikacjach i to co usłyszałem w powrotach było tym cudownym zjawiskiem, które zauroczyło mnie w ‘akustycznym’ obcowaniu z odsłoniętą płytą. Zacząłem ją aplikować do nagrań très.b i stało się coś niesamowitego, pojawiła się magia. Wszystko się zespoliło, pogłebiło. Rzecz nabrała czaru i głebi, o których wcześniej marzyłem. Czasy pogłosu i proporcje, a także ślady, do których go dodawałem, zmieniałem wraz z rozwojem płyty. Jakie są owoce opsianych prac można już posłuchać na płycie “Scylla And Charybdis” opublikowanej we własnej, niezależnej oficynie przez autorów. Dla mnie i dla studia bezpośrednio odczuwalny skutek sumy prac jest taki, że très.b zaproponowało mi, żebym był jedynym producentem ich nowej płyty. W kwietniu 2009 przyjeżdżają do Polski nagrywać. Pracę nad materiałem zaczynamy praktycznie od zaraz:)
Comments OffCOMMENTS
QT 7.5.5 > 7.6 update
To post dla użytkowników OS Xa. Sam jak dotąd całkowicie ufałem temu, co Apple proponowało mi w w ramach Software Update i w ten sposób podniosłem sobie QuickTime’a z wersji 7.5.5 do 7.6. Po tej operacji mój komputer zaczął zachowywać się jakbym miał wirusa (od conajmniej sześciu lat mam kilka Maków podłączonych do sieci i jeszcze nigdy nic podobnego mnie nie dotknęło, choć nie zabezpieczam się dodatkowo - robie tylko Security Update spod Software Update i zawsze wszystko było OK). Objaw miałem taki, że Finder co około minutę robił Relaunch, co na dłuższą metę było irytujące - np. podczas pisania nagle wyrzucało mnie z programu, bo na wierzchu pojawiał się Finder z nowym oknem. Likwidacja preferencji QT, naprawa Disc Permissions i reinstalacja QT 7.6 nie pomogły, zadziałało za to przestawienie w System Preferences > Stuffit AVR > Stuffit ArchiveViaRename Off: Stop.
Comments OffCOMMENTS
2009
Nie ma końca przyspieszaniu upływu i jednocześnie kurczeniu się czasu. Dwa tysiące dziewiąty zapowiada się u mnie ciekawie i pracowicie.
Jako producent muzyczny zaczynam pracę nad pierwszą całkowicie autorską płytą Marysi Sadowskiej (na zlecenie SONYBMG), czeka mnie surroundowa postprodukcja muzyki do filmu pełnometrażowego, a także, jeśli wszystko się uda, tworzenie z Golden Nine muzyki / atmosfer do innej fabuły (wraz z nagraniem i postprodukcją w High Definition Surround).
Około kwietnia zacznę pracę nad produkcją nowej płyty holdendersiej grupy très.b, którą najprawdopodobniej będę miał zaszczyt współprodukować z Victorem Van Vugtem.
W pierwszej połowie roku zamknę też produkcję nanowszej płyty zespołu 2g.
Negocjuje kilka powaznych miksow, realizuje zapowiedziane masteringi: singlowe i płytowe. Wszystko uklada sie na bieżąco i na razie jakby na przekór kryzysowi…
Zaplanowałem współpracę menadżerską z Kayaxem - chciałbym dzięki powierzeniu fachowcom bookingu zmienić proporcje rezerwacji czasu studia przez siebie samego na rzecz pracy w nim innych producentów i realizatorów. Jednym z dalszych celów jest zatrudnienie w Studio 333 na stale wybitnie uzdolnionych młodych producentów i reżyserów dźwięku z zagranicy - okaże się, czy pracy będzie aż tak duzo, żeby obdzielić nią krajan i jeszcze utrzymać cudzoziemców. Jeśli to się uda będę miał wreszcie czas, żeby ruszyć w Świat z muzyką 2g. Choćby nie wiem co się działo i tak planujemy dać kilka koncertów:)
Comments OffCOMMENTS
Rog bloku
Dałem się namówić na udział w onetowskim konkursie na ‘blog roku’. Zawsze gdy chodzi o autopromocję mam mieszane uczucia - może z powodu mojego staroświecko-naiwnego podejścia do tej kwestii, w myśl którego wystarczy robić swoje najlepiej jak się potrafi, a stosowna odpowiedź ze strony rzeczywistości sama nastąpi…
Wystartowałem w kategorii blogów profesjonalnych. Aby dopełnić wymogów formalnych konkursu publikuję tego posta wraz z obowiązkowym linkiem:
http://www.blogroku.pl/blog,gw327,blog.html
–
Po czasie dowiedzialem sie, ze ocenione przez jurorow konkursu na Blog Roku zostana tylko trzy pierwsze blogi z kazdej kategorii. O kolejnosci decyduje ilosc wyslanych na dany blog glosow. Glosowac mozna bylo tylko przy pomocy platnych smsow. Wprawdzie dochod z nich ma wspomoc szlachetne dzialania, ale i tak mechanizm pozstaje dyskusyjny… Poniewaz z zasady nie kasuje postow, zamiast tego umieszczam komentarz.
Comments OffCOMMENTS
Kayah - Ding Dong
W Radiu ZET, w największej rotacji, emitowana jest świąteczna piosenka Kayah “Ding Dong” z muzyką autorstwa Krzyśka Pszony i tekstem wokalistki. Utwór został równolegle opublikowany na składance “Radio ZET - Siła Świątecznej Muzyki”. Robiłem miks i mastering “Ding Dong”, a dokładniej: mastering śladów, zgrania i ich mastering - łącznie kilka dni ciekawej pracy pod dużym ciśnieniem deadlineu. Przy okazji miałem niezłe przygody z gatunku zbliżonego do thrillera. Temat rozwinę niebawem, w tym samym poście, tymczasem montaż choinki wypiera inne aktywności…
0COMMENTS
Maryla Rodowicz - Jest cudnie - re-edycja
Ostatnia płyta Maryli Rodowicz “Jest cudnie” przy której powstaniu pracowałem (realizowałem w Studio 333 niektóre nagrania, pomagałem Andrzejowi Smolikowi w korektach miksów i robiłem mastering) dobrze się sprzedała i doczekała się re-edycji wzbogaconej o dwie nowe piosenki: “Ech Mała” i “Piosenka bankruta”. Oba utwory skomponował i wyprodukował Andrzej Smolik, który zlecił mi ich mastering. Głos Maryli Rodowicz Andrzej nagrał tym razem na Telefunkena ELA M 251f - mikrofon, w którym wspólnie się zakochaliśmy;)
Umówiliśmy się, że Andrzej przygotuje dla mnie dwie wersje zgrań - w jednej włączając w swoim sumatorze SSLa kompresor na sumie, w drugiej nie. Nowe kompozycje musiały swoim brzminiem choć trochę nawiązywać do poprzednich. Zacząłem ich mastering od odtworzenia łańcucha urządzeń, przy pomocy których opracowywałem pierwszą wersję płyty. Nie zdało to egzaminu - może dlatego, że Andrzej po zmianie konwertera, po raz pierwszy przy tych dodatkowych utworach zrobił nagrania i miksy w całości w 24 bitach i 88200Hz. Dźwięk wydał mi się bardziej otwarty, okazało się, że pracując z tymi zgraniami mogę sobie na więcej pozwolić. Wcześniejsze miksy nie pozwalały na taką koloryzację - bardzo szybko dodatkowe harmoniczne zaczynały robić więcej złego, niż dobrego - wszystko się w jakiś sposób zacierało, przestawało być komunikatywne, konkretne. Nowe produkcje zrobione w podwójnej częstotliwości próbkowania (i 24bitach) reagowały na głębsze ingerencje inaczej - łagodnie i pozytywnie. W torze sygnału mogłem użyć kompresora Thermonic Culture “Phoenix” (wybrałem wersje pre-masterów bez kompresji z SSLa) z nieźle wygrzanym wejściem - relacje dynamiczne między składowymi miksu, realcje przestrzenne, mikrodynamika - wszystko było OK, dodatkowo wzbogacone specjalnym czarem “Phoenixa”.
Po pierwszym masteringu i przekazaniu kompletu płyt matek artystka poprosiła producenta o kosmetyczne zmiany. SONYBMG zapowiadało wcześniej, że nie ma czasu na żadne poprawki, ale skoro z innych powodów taką możliwość udało się wywalczyć wokalistce - korzystając z okazji wyraziłem swoje uwagi - dotyczyły głównie zmiany balansu częstotliwościowego basu (’odbuczenia’ go z jednoczesnym przesunięciem jego energii niżej), korekcji (zmniejszenia podcięcia) i essów na wokalu. Samo to, że Andrzej miał jeszcze raz szansę zgrać te utwory wiele dało - miksy dojrzały. Po drobnych modyfikacjach poprzedniego toru zrobiłem ponowny mastering i przygotowałem nowy zestaw masterów produkcyjnych re-edycji.
Niedawno Michał Kwiatek z SONYBMG podarował mi elegancką dwupłytową wersję “Jest cudnie”: CD+DVD. Studiując opisy zauważyłem, że moja praca znalazła się w jednym wydaniu z pracą Jacka Gawłowskiego (którego cenię zawodowo i lubię prywatnie), który działał przy DVD. To zresztą nie pierwsza ‘nasza’ wspólna płyta - na re-edycji Feela Jacek umieścił masterowany przeze mnie nowszy singiel zespołu - powiedział mi, że to się nie zdaża, żeby dokładając utwór do re-edycji nie czuł potrzeby i nie robił z nim dosłownie niczego;) No i akurat jedno do drugiego świetnie pasowało… Tyle tytułem dygresji, bo miało być o Maryli, że na nowo “Jest cudnie”…

Comments OffCOMMENTS
Feel - Gdy Wigilia jest
Masterowałem hymn RMFowej pocztówki do Św. Mikołaja “Gdy Wigilia jest”. Maro Nowak z Ztudio przygotował utwór Feela w kilku wersjach - ze śpiewającymi redaktorami RMFu (dla RMFu) i bez redaktorów, co jak słyszałem z powodzeniem jest grane przez konkurencyjną Zetkę. W tym czasie miałem w studio ‘groźny’ kompresor Elysia “Alpha”.
Przy obecnym kursie Euro to cacko kosztuje czterdzieści parę tysięcy złotych! No i tak gra. Oprócz unikalnych możliwości jak analogowe dekodowanie sygnału z postaci XY (lewo / prawo) do MS (mid signal / side signal), dobrze brzmiących filtrów pozwalających na ogólne korekty balansu częstotoliwościowego skompresowanego sygnału, świetnie działającego side-chainu, Elysia “Alpha” daje ciekawą możliwość miksowania sygnału skompresowanego z nie-skompresowanym (Parallel Compression). Można np. zrobić ciut za mocny punch i dodać go tylko trochę do czystego sygnału. Albo skompresować całość tak, jak się chce i odkręcić troche gałkę w stronę Dry, żeby zachować oryginalne transjenty z miksu. Możliwości jest wiele i aż dziwne, że to tak rzadko spotykana opcja… Miałem nadzieję, że ten kompresor będzie tak mocny i skuteczny, że dzięki niemu nie będę musiał przy masteringu używać multibandu z TC System 6000 - okazało się jednak, że “Alpha” nie jest narzędziem do tego - jest bardzo dobra, ale nie do wszystkiego i nie ‘zamiast’ wszystkich innych kompresorów. Wspomnę o tym super-kompresorze jeszcze w postach o pracy nad płytą holenderskiej grupy ‘tres b’ i w poście o miksach utworu Iwony Węgrowskiej “4 lata” - w obu wypadkach “Alpha” bardzo mi pomogła.
Wracając do masteringu Feela - gdy sam kompresor firmy Elysia nie scalił miksu, nie ‘wybudował go od dołu’, nie dał sporego RMSu, ale za to, to, co zrobił, zrobił znakomicie (super-szybką, dosyć transparentną kompresję bez artefaktów), choć może zabrzmieć to jak herezja, spróbowałem użyć go jednocześnie z “Phoenixem” i okazało się, że to rozwiązanie świetnie zdało egzamin! Kompresorem Thermonic Culture mogłem zrobić to, czego nie daje Elysia i vice versa. Sprawdziłem obie opcje i ostatecznie “Alpha” została za “Phoenixem”. Puściłem przez nią ok. 40% czystego sygnału z poprzedniego kompresora, dobarwiłem trochę wysokie częstotliwości, uporządkowałem basy (Side Chain + EQ zadziałały znakomicie) i zastosowałem Soft Clip Limiter.
Po odsłuchaniu efektów mojej pracy producent utworu poprosił mnie o rozszerzenie skali dynamicznej piosenki - oryginalnie były tam jakby trzy stopnie głośności - każda kolejna zwrotka miała być mocniejsza. Po kompresji znacznie się to wygładziło, ale z ogólną korzyścią dla utworu. Zanim tak zrobiłem zadałem sobie pytanie czy słuchacz radiowy słuchając utworu liniowo, bez możliwości przeskoków, konfrontuje czternastą sekundę z minutą trzydzieści, albo dwa piętnaście i czy porównuje ze sobą jeszcze inne, nie sąsiadujące bezpośrednio miejsca? Czy ‘puchnięcie’ utworu może się dokonać przez same ruchy automatyką na identycznych, powtarzających się grupach w miksie, czy raczej, dla odpowiedniego efektu, wymaga to operacji aranżacyjnych - powiększającego się pasma, rozbudowującej się harmonii? I inne pytanie - jeśli robiąc mastering utworu do radia nie skompresuję go i producent poczuje różnice dynamiczne, do których przywykł, co się stanie podczas przejścia utworu przez radiowy procesor emisyjny, ustawiony tak okrutnie, że wyrówna wszystko (najgłębszy treshold i ogromne ratio na każdym paśmie)? Właśnie ta ostatnia myśl doprowadziła mnie do powrotu do porzedniej i wniosków nt. pracy nad rozwijającą się dramaturgią utworu - aby ocalić ją w eterze chyba warto robić to przy pomocy kilku środków jednocześnie - ekspresją w wykonaniu partii instrumentów i wokali, pasmem, harmonią i dynamiką. Wykorzystam to doświadczenie podczas swoich działań producenckich, a na wszelki wypadek dzielę się nim również z Szanownymi Czytelnikami:)
Żeby mój stały klient był zadowolony przygotowałem wersję z odpuszczoną kompresją i większymi różnicami w RMSie między kolejnymi zwrotkami. Niestety w radiu nie zostało po tym ani śladu… mimo tego “Gdy Wigilia jest” hula jak należy.
Comments OffCOMMENTS
TVN w Studio 333
Dziś gościłem w Studio 333 Andrzeja Bachledę - muzyka i sportowca, Agatę Borzym - szefową promocji w Kayaxie i Agnieszkę Rylik - 5-krotna Mistrzynię Europy i 4-krotna Mistrzynię Świata w kick-boxingu wraz z ekipą TVNu.
Agnieszce nie podpadłem, więc kości po nagraniach mam całe;)
Spotkaliśmy się, żeby nagrać kilka scen uzupełniających do materiału o sylwetce Andrzeja Bachledy. Będzie on wyemitowany w najbliższą sobotę 13.12.2008 w programie “Dzień dobry TVN” między 8:30, a 10:50. Rzecz ma dotyczyć sportowców robiących obecnie karierę muzyczną.
Ostatnią płytę Andrzeja całkiem niedawno opublikował Kayax (wspólnie z Agorą). Nad kolejnym wydawnictwem będziemy pracować już razem.
Comments OffCOMMENTS
Bogdan Konracki + Fox
W piątek 28 listopada i we wtorek 2 grudnia miałem dwie elektryzujące sesje z Bogdanem Konrackim i Foxem. Dogrywaliśmy (w High Definition) organy Hammonda z Leslie do autorskiej płyty producenta. Muzyka zawarta na płycie Bogdana pozytywnie odznacza się na tle ultra-komercyjnych propozycji dostępnych na naszym rynku - jest lekka i przyjemna w odbiorze, a przy tym nie jest ‘niestrawnie strawna’ - to mocna stylizacja retro podana we współczesnej formie, klimaty przywołujące na myśl eskapady Telly Savalasa po ulicach San Fran, a czasami kino drogi w wakacyjnej polsce lat siedemdziesiątych… to moje całkiem prywatne projekcje;)

Fox odnalazł się i poczuł w tej muzyce znakomicie. To niesamowity muzyk - wystarczy mu raz puścić całkiem nieznany utwór, czasem nawet nie jeden raz, bo wystarczy po dwie frazy każdej części z opisem struktury i Fox już idzie grać i często w pierwszym podejściu nagrywa wersję płytową! I to nie jakąś tam, że może być, że po prostu się zgadza, tylko coś kapitalnego - z dopaleniem grooveu gdzie trzeba, z leadami i całą dramaturgią zbudowaną w czasie rzeczywistym!!! Praca z kimś tak uzdolnionym sama w sobie jest elektryzująca. Atmosfera była dodatkowo podkręcana przez bardzo pozytywne reakcje na to co się działo (i jak to brzmiało z muzyką) ze strony Bogdana.
Po rozmowie na temat stylizacji, podczas nagrań pierwszego utworu, przedstawiłem producentowi kilka sposobów ujęcia dźwięku z Leslie - górne wirujące głośniki nagrałem parą wstęgowych Royerów R-121 (ok. 10cm od bocznych otworów w Leslie), a dolny głośnik Braunerem VM-1 (na kółku, ok. 35cm od dolnego wylotu frontu kolumny), z ustawionym ok. pół metra za mikrofonem dyfuzorem walcowym.
Podczas zmian przedwzmacniacza nagrania zmieniały ‘osobowość’ - chcąc uzyskać klasyczny, rasowy dźwięk Hammonda (z gatunku głębszych i cieplejszych) użyliśmy do wszystkich mikrofonów modyfikowanych przedwzmacniaczy WSW Siemens und Hashke, później szukając bardziej drapieżnego charakteru sprawdzaliśmy Neve 1081 i modyfikowane przez Audio Upgrades “Mic-Pre Eminence” Studio Technologies. Te drugie były powalające - bardzo szybkie, konkretne, tam gdzie chcieliśmy twarde, gdzie indziej pełne, nigdy za ostre. Dolny głośnik z Braunerem VM-1 zostawiliśmy w tandemie z WSW, który dawał cudowny bas z niesamowitą aurą 3D (mimo monofonicznego ujęcia!).
Gdy doszliśmy do kompozycji wymagających jeszcze większego pazura zaproponowałem wpięcie między Hammonda a Leslie jakiegoś overdrive’a. Z magazynu Musictoolz wypożyczyłem cały stos kultowych zabawek - były to efekty Rogera Mayera i Fulltone’a. Roger Mayer budował przestery dla Jimmiego Hendrixa - to niesamowite, że ten sam człowiek robi je do dziś! Jest to już mocno starszy pan, prowadzi małą manufakturę, w której te klasyczne konstrukcje powstają.
Gdy puściliśmy Hammonda przez “Voo-Doo Axe” Rogera Mayera na wszystkich twarzach pojawiły się szerokie uśmiechy. To było coś niesamowitego. Fox zaczął tak grać i tak się tym cieszyć, że nie sposób było się tym nie zarazić:) Bogdan stwierdził, że Fox jest najlepszym Hommondzistą jakiego słyszał, a mówił to ze świadomością, że Fox grywa na Hammondzie tylko podczas sesji u mnie w studio, czyli bodaj piąty raz w życiu! Potem, podczas przerwy, Fox mi wyznał, że odnalazł się na tym instrumencie i gra na nim cieszy go tak bardzo, jak na żadnym innym. Może dlatego, że ‘z powołania’ jest perkusistą, skąd bierze się pewnie jego niesamowita dyscyplina rytmiczna - te wspaniałe staccata i nigdy nie przeciągnięte, ani nie skrócone wartości nutowe dające powietrze i kopa nagraniom… Zprosiłem Foxa, żeby wpadał pograć na Hammondzie, gdy tylko będzie miał ochotę i studio będzie wolne.
W kolejnych utworach mieliśmy ochotę na małe zmiany. Odnaleźliśmy wspaniały sound dopalając Hammonda kostką Fulltone “70’s”, potem Fulltone “Fat Booster”, potem Roger Mayer “High Frequency Booster”. Każdy efekt był inny, każdy stylowy:)
Bogdan początkowo myślał o dogrywaniu Hammonda tylko do ok. 3 piosenek, ale sesja była tak owocna (dograliśmy organy do pięciu kompozycji), że umówiliśmy się na kolejne nagrania we wtorek (żeby dobić do siedmiu).
Przespałem się z tematem i gdy się ponownie spotkaliśmy zaproponowałem do dwóch kolejnych utworów nowy setup - z włączonymi w nasz tor synału efektami Mooga. Do pierwszej wtorkowej kompozycji użyliśmy filtra Moogerfoogera ‘Lo-Pass’, po którym wpieliśmy przed Leslie overdrive Rogera Mayera “Voo-Doo Axe”. Fox subtelnie ustawił filtr dodając tam też trochę Drive’u z Mooga. Filtrowane organy brzmiały wspaniale:)

Doszliśmy do kolejnego utworu, do którego zaproponowałem zamiast konkretnej linii i ‘wypełnienia’ Hammondowego użycie instrumentu jako dodatku, trochę odrealnionej wartwy efektowej, drugiego dna utworu. Do osiągnięcia tego celu spiąłem zestaw: Hammond > Moogerfooger “Delay Line” > Leslie > płyta pogłosowa EMT 140. Poprosiłem Foxa, żeby grał rzadkie, krótkie, raczej wysokie dźwięki. Otworzyliśmy mocno Feedback z Moogowego delaya, dodaliśmy trochę jego Drive’u i to co usłyszeliśmy wywołało kolejną falę zadowolenia i zdumienia;) Z-DUB-owane krótkie nutki rozrzucane po pomieszczeniu przez wirujące głośniki Leslie brzmiały niesamowicie - bardzo oryginalnie i niespodziewanie - był to brudny, rasowy dźwięk z charakterem. Z dołożoną głębią z kultowej płyty pogłosowej EMT 140 - oczywiście modyfikowanej: przedwzmacniacze w klasie A, brak elektrolitów w torze audio i wydajniejsze zasilanie - stworzyliśmy ciekawy dalszy plan w utworze Bogdana. Nagrywaliśmy też wersje z włączonym reverbem z Hammonda - też było ciekawie… Nie ma końca tym zabawom i to jest w nich piękne:)
Na koniec Fox dograł linię basu grając dłońmi na pedałach basowych Hammonda. Czysty sygnał z instrumentu podałem na moje ulubione combo basowe - David Eden ‘Metro 500′. Nagrałem dźwięk Braunerem VM-1 i Royerem R-121. Efekt przyprawił mnie o basową zazdrość;)
Kiedyś, nie mając do dyspozycji takiej elektrowni, jak teraz, choćbym stanął na głowie, nie zbliżyłbym się do podobnych efektów pracy reżyserskiej albo producenckiej. Trochę to brutalne, ale niestety same pomysły i laptop nie pozwalają w żadnym stopniu zastąpić pewnych konkretnych (często wielkich, bardzo ciężkich i bardzo drogich) instrumentów i urządzeń. Może dzięki temu prowadzenie tak rozbudowanego studia ciągle ma sens;)
Comments OffCOMMENTS
2g - reaktywacja
Zaczynamy, projektujemy, nabieramy ciała. Przeczucia i niewypowiedziane apetyty (muzyczne) go nabierają. Podchodzimy do wielkiego planu, który na pewno się nie uda, wyjdzie za to coś innego, co nas zaskoczy, co osobiście wolę. Tą niewiadomą. Bycie słuchaczem, mimo współtworzenia, mimo wpływu. Upajam się tym, co spoza niego wyziera, jeśli się udaje. Jeśli nie - czarna rozpacz, fundamenty pękają, słońce przygasa, krajoobraz postnuklearny, ale nie poddajemy się wtedy, drążymy do skutku. Prędzej czy później coś zażre jak należy. Sprawa jest poważna. Kupujemy instrumenty specjalnie do realizacji wizji producenckiej, budujemy system interaktywnych filtrów, które wytworzą nam pożądane tekstury. Modyfikujemy rzeczywistość, dopasowując ją do pomysłu. W niedzielę pierwsze spotkanie w pełnym składzie. Pierwszy zjazd. Bębny z elektronowymi dokładami i filtracją zależną - Gerard Niemczyk +++ sub-basy z basu gumowego, kontrabasu elektrycznego i preparowanych basów elektrycznych odstrojonych do poziomu dna Rowu Mariańskiego - Bartłomiej Kuźniak +++ klasyczny Gibson w rozjechanych, szerokich harmoniach kameralistryki współczesnej i energią rodem ze sceny grindcoreowej, z dodatkiem dzikiego echa taśmowego Sohora, czasem pływający w distortach - Zbyszek Szmatłoch +++ do tego totalny analogowy syntezator Pro One w parze ze Space Echo Re-201 podłączony pod pre-amp i tremolo Rhodesa MK2 i paczkę Rhodesa Suitcase z siedemdziesiątego trzeciego - Marcin Bijak aka Nines. Tak bywało już wcześniej. Teraz dodaliśmy jeszcze wokal Pedro El Negro - nawijka i zaśpiewy plus dzikie przetworzenia z Kaoss Pada, a z czasem może nie tylko z niego. Bierzemy się za opracowanie repertuaru. Stworzymy instytucję. Dla odmiany. Dotychczasowe sklady popadały w uśpienie gdy tylko udało się zrealizować jakąś ideę muzyczną. Nie było dalej potrzeby wożenia tego po okolicy z koncertami, publikacji płyt - na muzykę to nie wpływa, a energii było szkoda - zawsze lepiej było zrobić coś nowego, całkiem nowego. Teraz będzie inaczej. Chcemy cieszyć się powtarzalnością i przewidywalnością (przewidywalną wysoką skutecznością!) w pewnych ramach i bawić się interpretacją wcześniej opracowanego materiału. Chcemy spędzać czas w niewygodzie podróży, chcemy grać w małych klubach i na dużych scenach - wszystko jedno. Chcemy ruszyć w Świat z naszym dwugramicznym lotem. Zobaczymy co będzie. Planujemy pracę tylko w pełnym składzie, tak zbudujemy cały program, potem wszystkie nagrania będziemy robić też tylko 100% live, wszyscy razem. I najchętniej z publicznością. Do płyty zaprosimy dodatkowo Maćka Polaka z VCSem i może kilka wyjątkowych wokalistek do featuringów (np. Misię Furtak z Tres B), zobaczymy. Po wcześniejszych producencko-rozpoznawczych przymiarkach overdubingowych w niedzielę zaczynamy granie na żywo w nowym składzie. Jeśli miałbym wskazać coś co w życiu lubię robić najbardziej (z puli tematów powiązanych z tym blogiem;) to byłoby właśnie to, co się zbliża - intensywne granie z dobrą paką:)
0COMMENTS
Kasia Cerekwicka
Piotr Siejka zaprosił mnie do współpracy postprodukcyjnej przy nowym utworze Kasi Cerekwickiej “Żyj intensywnie”. Nie nazywam tego tylko masteringiem, bo w rzeczywistości to nieco więcej. Piotr przyniósł do studia swoje zgranie z ce-jedynką na sumie (kompresor: Alan Smart “C1″), z prośbą, żebym szczegółowo je z nim omówił. Słuchaliśmy tego utworu kilkakrotnie, w oderwaniu od reszty Świata, a potem porównując z kilkoma topowymi produkcjami powinowatymi stylistycznie. Zamiast próbować rozwiązać pewne probelmy masteringiem, operując wówczas już wyłącznie na sumie, spisałem w formie kilkunastu punktów swoje uwagi: co i w jaki sposób warto byłoby zmienić na jakim śladzie. Notatkę przekazałem Piotrowi, pojechał do siebie wcielić do miksu zmiany. Zadzwonił po kilku godzinach podekscytowany, że to działa;) Przysłał mi potem swoje nowe zgranie, które rzeczywście było dużo lepsze od poprzedniego, czyli zadziałało toto faktycznie:)
Zacząłem prace nad masteringiem, a gdy doszedłem do finału zaprosiłem Piotra na odsłuch. Ocenił rzecz tak: wszystko jest pięknie, ale za bardzo słychać pompowanie kompresora. Pozmieniałem więc czasy w zastosowanym do tej pracy Phoenixie i kompresorach widmowych (M i S) TC System 6000, ale to nie pomogło. Posłuchałem wówczas ponownie, pod kątem pompowania, piotrowego zgrania i wydało mi się, że irytujące producenta ugięcia są już w nim. Zrobiłem wersję pre-masterową głośniej limiterem i okazało się, że tak właśnie jest. Poprosiłem Piotra, żeby zgrał utwór ponownie, ale bez kompresji, a jeśli z powodów estetycznych chce użyć na sumie swojej ce-jedynki możemy ją włączyć w tor masteringowy już w studio, kontrolując sytuację najlepiej.
Kilka godzin później Piotr pojawił się z nowym zgraniem bez kompresji i z kompresorem pod pachą:) Zestawiliśmy połączenia i okazało się , że przyczyną pompowania był kompresor Piotra (i jego ‘nastawy’). Ustawiliśmy go inaczej, tak, że ten niechciany w tym wypadku efekt znacznie się zmniejszył, jednak dopiero na bypassie znikał całkowicie. Co ciekawe, okazało się, że Bypass w Smarcie nie działa zbyt dobrze - wypięcie z niego kabli i połączenie ich ze sobą na zewnątrz - bez kompresora dało odczuwalnie lepszy dźwięk, niż ten z Bypassu wciśniętego na urządzeniu.
W roli kompresora pracującego na sumie genialnie sprawdził się Thermonic Culture “Phoenix”. Kolejny raz okazało się, że nie zawsze nawet najlepsza rzecz nadaje się do wszystkiego - w wypadku tego miksu C1 był za wolny, natomiast “Phoenix” nie kojarzący się wcale z demoniczną szybkościa dał pięknie radę.
Czekam jeszcze na dodatkowe utwory z SONYBMG, a gdy tylko otrzymam ich komplet przygotuję nową płytę będącą dodatkiem do re-edycji ostatniego albumu Kasi Cerekwickiej “Pokój 203″.
0COMMENTS
Marek Biliński - archiwizacja starych taśm
Marek Biliński po długim milczeniu opublikował płytę “Fire” będącą pomostem pomiędzy przeszłością, a współczesnością (są na niej utwory sprzed 20 i sprzed kilku lat). Podczas prac nad nią Marek zebrał sporo doświadczeń, które chce wykorzystać nie tylko w nowych kompozycjach, ale również przy odświeżaniu swoich starszych utworów, których re-edycje planuje. Zostały one nagrane w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych w studiach nagraniowych Polskich Nagraniań przy ul. Długiej w Warszawie. Część z nich to muzyka powstała do filmów (”Przyjaciel wesołego diabła”) i spektakli (”Brat naszego Boga”, balet telewizyjny “Mały książę”), a największa część zawiera kompozycje albumowe. Wszystkie utwory zostały zapisane na taśmie dwucalowej, z prędkością 15 cali na sekundę, przy pomocy 16-śladowych Studerów.
Marek zlecił mi archiwizację taśm wiedząc, że mam Studera A-80 w bardzo dobrym stanie (głowice mają bardzo niski przebieg), znakomite konwertery High Definition Myteka i system (Pro Tools HD2 z wieżą dysków SCSI), który poradzi sobie ze strumieniem 16 śladów w poczwórnej częstotliwości próbkowania w 24 bitach. Ponieważ akurat tego, 16-śladowego Studera używałem głównie do zmieniania brzmienia (i do neutralnego odtwarzania nigdy nie był mi potrzebny) należało go wcześniej precyzyjnie wystroić. Ustaliłem, że bardzo profesjonalnie może to zrobić p. Marek Eratowski opiekujący się wielośladami w Polskim Radio. Operacja podzielona była na dwa etapy: konserwacja i strojenie, wymagała dwóch podejść i trwała wiele godzin. Przy pomocy specjalnych taśm testowych (po jednej dla każdej z prędkości: 15 i 30 cali na sekundę) i wyspecjalizowanej aparatury pomiarowej mozolnie dostraja się kolejne kanały. Częścią serwisu był też pomiar równomierności przesuwu taśmy (wynik celujący), sprawdzenie poprawności działania mechanizmów odpowiedzialnych za przesuwanie i naciąg taśmy (idealnie), smarowanie silnika (był suchuteńki!) etc. Gdy magnetofon był gotów do akcji przystąpiłem do zgrań.

Z Markiem Bilińskim ustaliłem, że wszystkie taśmy (w sumie 17szt.) zgram przez konwertery Mytek Digital 8 x 192 (z najnowszym upgradem) w 24 bitach i 88200Hz - z przeznaczeniem do prac bieżących (docelowo głównie na CD), a niektóre z nich (8szt.), również na Mytekach, w 24 bitach i 192000Hz - jako żelazne archiwum stworzone pod kątem re-edycji na BluRayu lub jakimkolwiek formacie wysokiej rozdzielczości jaki pojawi się w przyszłości.
Już przy przewijaniu pierwszej taśmy w reżyserce zaczęło pachnieć jakby suszonymi grzybami!:) Taśmy nie były odtwarzane, ani nawe przewijane, od ćwierćwiecza, miałem więc przez cały dzień u siebie klimat Polskich Nagrań sprzed 25lat;) Po odegraniu jednej 33-minutowej taśmy głowice były brudne jak nigdy. Musiałem zużyć 6-10 wacików ze spirytusem do czyszczenia, żeby doprowadzić je (i rolki) do stanu, w który nałożenie kolejnej taśmy miało sens. Każdą kolejną szpulę najpierw przewijałem do końca i z powrotem, żeby się dobrze ułożyła przed zgraniem. Przeważnie nagrania zaczynały się niesamowitym sygnałem testowym przypominającym dźwięk sierpniowych szuwarów nocą, po nich pojawiała się brzmiąca niesłychanie archaicznie zapowiedź z talkbacku z dużym amibiencem pomieszczenia reżyserskiego i wypowiedzianą bardzo poważnie formułą: “Proszę, start”, czasem z dodanym tytułem i opisaną numerycznie częścią zapisanego na taśmie utworu. Nie wiem, czy sam sobie to wkręciłem, ale wydało mi się, że melodia głosu jest teraz już trochę inna. Poza tym sam akt dokonywania nagrania nie ma już chyba takiego patosu - nie jest czymś aż tak wyjątkowym i niedostępnym (na poziomie profesjonalnym) jak w PRLu w latach 80-tych.
Zgrania w podwójnej częstotliwości poszły gładko (a że koniec września był bardzo ciepły na zdjęciach zostały i krótkie spodnie). Po nich przystąpiłem do archwizacji taśm w 192kHz, ale ‘z marszu’ nie zgrałem ani sekundy (zrobiłem to 3 tygodnie później), bo wydało mi się, że konwertery nie zachowują się właściwie. Na jednej z dwóch ósemek 8 x 192 pojawiał się szum na poziomie ok. -42dB. Okazało się, że musze zrobić update drugiego konwertera do najnowszej wersji softwareu karty Pro Toolsowej, którą miałem już w jednym urządzeniu w ostatniej wersji. Update w Mytekach robi się bardzo sprytnie - polega on na wymianie kości - na płycie głównej i ewentualnie na dodatkowej karcie (w moim wypadku do Pro Toolsa). Wystarczy wyciągnąć odpowiedni (opisany) scalak z podstawki i umieścić tam nowy. Jeśli wsadzi się go odwrotnie naklejka celowo wykonana z papieru wrażliwego na zmianę temperatury ciemnieje i jest to sygnał, że trzeba go odwrócić. Po zrobieniu updateu wskażniki na wszystkich 16-stu kanałach pokazały ten sam poziom, który poprzednio pojawiał się tylko w jednym urządzeniu. Poprosiłem polską część konstruktorów 8 x 192 o pomoc, sądząc, że moje konwertery są niesprawne. Do studia przyjechał Marcin Hamerla (szef Mytek Digital Europe) z Jarkiem Czerskim - elektronikiem głęboko zaangażowanym w projekt budowy 8 x 192.
Nie licząc konstrukcji dyskretnych są to najnowocześniejsze i najbardziej zaawansowane konwertery na Świecie - ich projekt jest nowszy, niż dowolnej konkurencji, zastosowane w nich najwyższej klasy podzespoły nie były wcześniej produkowane, idea ich konstrukcji jest bezkompromisowa (true DSD) - nie wiedziałem więc, co innego, jak tylko awaria moich egzemplarzy może być przyczyną zjawiska.
Przy pomocy prostego miernika poziomu sygnału akustycznego porównałem poziom szumów akustycznych przy częstotoliwości podwójnej i poczwórnej i mimo ok. 50 decybelowej różnicy we wskazaniach Max Peak Level na śladach w Pro Toolsie (7.4) dla obu częstotliwości próbkowania wielkość poziomu akustycznego była identyczna! W sesji z 4fs (192k) odciąłem prostymi korektorami pasmo powyżej 20kHz i poziom spadł do wielkości z 2fs. Żeby umożliwić kolegom z Myteka dokładną analizę zjawiska zgrałem szumy 1:1, a także wzmocnione o 6dB i o 12dB. Zgrałem też ich monofoniczne sumy przy wszystkich trzech stanach i tu wyszła rzecz dziwna - pojawiły się dodatkowe trzaski - brzmiące jak dropy, jak jedno-samplowe szpilki słyszalne np. gdy nie działa synchronizacja. Wyciszając kolejne ślady przy sumowaniu zauważyłem, że zjawisko pojawia się przy sumie od 14:1 wzwyż. Gdy sumowałem sygnały wzmocnione (na faderach Pro Toolsa) o 6dB każdy, ilość trzasków była znacznie większa - nie tylko bardziej słyszalna, ale większa - były gęstsze, zaczęło się pojawiać coś jeszcze oprócz nich - jakieś zniekształcone tło. Przy wzmocnieniu śladów po 12dB zjawisko jeszcze bardziej narosło. Po odcięciu góry znikało. Problem polegał na tym, że o ile poziom pojedynczych śladów, mimo wysokiego wskazania pomiaru, akustycznie był właściwy, to trzaski słyszalne na sumie były już zjawiskiem nie tylko pomiarowym, lecz występującym w paśmie akustycznym. W pracowni Myteka analizując zagadnienie koledzy zsumowali sygnał analogowo i okazało się, że trzaski nie wystąpiły. Głowiliśmy się trochę nad przyczyną zjawiska. Pojawiały się spekulacje, że być może przyczyną jest statystyczne nawarstwienie się przeskoków powstałych w wyniku interpretacji sygnału w najniższych jego stanach - zwielokrotnione przejścia pomiędzy najmłodszymi bitami, które mogłyby generować strome zbocze, które z powodu wielkiej częstotliwości próbkowania częściej się nawarstwia z podobnymi zjawiskami uzyskując zgodność fazy, a tym samym wzmocnienie tak duże, że znajdujące już manifestację akustyczną. Ten wątek nie wyjaśniał jednak rozbieżności w wynikach sumowania cyfrowego i analogowego (a także logicznie nie pasuje do standardowego zachowania konwerterów w 2fs i 1fs). Gdyby nawet roboczo przyjąć, że sumowanie cyfrowe może być obarczone większym błędem, niż ultra-transparentne sumowanie analogowe nie powinna to być aż tak duża różnica. Głowiliśmy się dalej. W końcu doszedłem do kilku prostych wniosków:
1. wskazanie mierników Pro Toolsa (Maximum Peak Level) liczone jest w oparciu o całe pasmo, nie tylko akustyczne, wobec czego w wypadku pracy w 192k są mierzone częstotoliwości sięgające 96000Hz- różnica pomiędzy wskazaniem mierników pomiędzy 2fs i 4fs i jej brak w pomiarze sygnału akustycznego z głośników świadczy o różnicy w energii sygnału ponadakustycznego pomiędzy dwoma trybami pracy konwerterów,
2. zniekształecenia powstałe przy sumowaniu to wynik dystorcji pasm ponadakustycznych - dlatego wraz ze zwiększeniem poziomu szumu wysyłanego do sumowania charakter zniekształceń się zmieniał, a nie tylko stawały się one głośniejsze.
Opowiedziałem o swojej teorii Marcinowi Hamerli. Odpowiedział “masz rację”. OK, ale dlaczego np. konwerter Digidesigna 192i/o w poczwórnej częstotliwości próbkowania nie wypycha wskaźników, a suma nie jest zadropiona? Okazuje się, że Digi 192 i/o (z przetwornikiem AKM AK5394) mimo pracy z poczwórną częstotliwością serwuje sygnał podcięty od góry!
Z moich dociekań wynika, że dzięki zastosowaniu technologii True DSD Mytek Digital 8 x 192 jest jedynym na prawdę 1-bitowym konwerterem PCM. Nieodłącznym elementem najwierniejszego ze wszystkich odwzorowania jednobitowego są szumy powstające w najwyższych częstotliwościach (lub dokładniej - szumy do nich przeniesione). W zastosowanym z powodu jego znakomitych walorów chipie Texasa PCM 4202 (w Mytekach) sygnał nie jest filtrowany - stąd rejestrowana wysoka energia najwyższego krańca przenoszonego pasma.
Przy sumowaniu cyfrowym (bez filtracji pasma ponadakustycznego) 16 śladów archiwalnych nagrań Marka Bilińskiego do dwukanałowej stereofonii problem się nie pojawia (zachowane są oryginalne panningi).
Uspokojony wynikami tych dociekań zgrałem pozostałe taśmy w 4fs i przekazałem wypełniony nimi dysk artyście.
Z kolegami z Myteka jestem w ciągłym kontakcie - wnioski z opisanych powyżej obserwacji będą zastosowane podczas prac nad nową, w całości dyskretną (!!!) wersją urządzeń.
Comments OffCOMMENTS
warsztaty z Andrzejem Smolikiem
Andrzej Smolik zaprosił mnie do pomocy we wspólnym poprowadzeniu warsztatów z produkcji muzycznej będących jednym z wydarzeń łódzkiego festiwalu “Vena”. Miłą propozycję przyjąłem.
Mieliśmy znakomite towarzystwo, bo kolejnym punktem programu były warszaty poprowadzone przez Eda Cherney - wielkiego producenta muzycznego znanego ze współpracy z wieloma znaczącymi artystami: The Rolling Stones, Bonnie Raitt, Iggy Pop, Bob Dylan, Eric Clapton, Buddy Guy, Jackson Browne, John Mayer.
Totalnego wsparcia sprzętowego udzieliła nam zaprzyjaźniona firma MusicToolz, dzięki której do dyspozycji mieliśmy zestaw znakomitych urządzeń. Przy ich pomocy mogliśmy zilustrować mnogość dostępnych barw i omówić różnice między nimi.
Dotknęliśmy wielu kwestii technicznych związanych z różnymi etapami pracy nad produkcją muzyczną, opowiadaliśmy o możliwościach jakie daje odpowiedni odsłuch i outboard. Credo naszego wystąpienia było mniej więcej takie: najważniejsza jest kompozycja - jeśli na etapie najprostszego szkicu utwór się nie broni, nie wydaje się nośny i ciekawy, nie warto liczyć na to, że dzięki technice i pracy fachowców powstanie potem z niego arcydzieło. Najważniejsze jest więc to, co można zrobić mając do dyspozycji własną wyobraźnie i najprostsze środki. Jeśli to zadziała, wówczas dopiero pomocna będzie cała masa środków i możliwości technicznych, bez których ani rusz;)
Imprezę zarejestrowała telewizja Patio, jeśli materiały zostaną opublikowane umieszczę do nich link na blogu.
0COMMENTS
Frutti di Mare
Dziś Filip “Wieża” Różański grający w Lao Che przyniósł ślady Hammonda do dwóch utworów Frutti di Mare - drugiej grupy, z która właśnie zmierza do zakończenia prac nad jej debiutancką płytą. Były to nagrania wykonane liniowo z cyfrowego modelu Hammonda XK. Chodziło o ich de-digitalizację, nadanie charakteru ‘prawdziwego’, vintageowego Hammonda.
W tym celu ślady wpuściliśmy na Leslie zdejmując je parą wstęgowych Royerów R-121 (ustawionych po bokach paczki) z pre-ampami WSW - górne wirujące głośniki - i pojedynczym ELAMem 251 Telefunkena (na nerce) ustawionym ok. 30cm od wylotu głośników niskotonowych of frontu (podłączonym również do WSW). Całość (ustawiona bez przeciwfazy) dała możliwość regulacji proporcji góry i dołu w miksie, tak, żeby wszystkiego było ile trzeba w połączeniu z resztą instrumentów.
Leslie potrafi ożywić wszystko! Parę miesięcy temu użyłem lampowego Leslie 147 do chórków, a nawet lead wokali, co dało bardzo ciekawy i niemożliwy do podrobienia efekt. Niedawno na Leslie Solid State nagrywałem grając na basie (sygnał do Leslie trafiał po pre-ampie Edena) równolegle podłączonym do Edena Metro 500 - razem dało to ogromny dźwięk, jak z giganycznej sceny z koncertu z nagłośnieniem pół miliona Watt. Wydłużał się w tej konfiguracji sustain i wyrównywała się głośność wszystkich rejestrów na basie. Wirującymi głośnikami i 300 Wattową końcówką można wprowadzić w wibrację każdy przedmiot i osobę znajdującą się w tym samym pomieszczeniu:)
0COMMENTS
Ania Kostrzewska
Od wczoraj Ania Kostrzewska nagrywa wokale w Studio 333 na cudownym ELAMie 251 Telefunkena (w parze z modyfikowanymi preampami WSW Siemens und Halshke). Reżyserem dźwięku jest Asia Popowicz, a producentem Paweł Bzim Zarecki - widoczni na zdjęciu. Sesja potrwa do niedzieli włącznie.
0COMMENTS
Józefina
Spotkaliśmy się z Chickenem i Józefiną, żeby dograć chórki i dodatki wokalne do utworu Chickena “Odyssey”. Mikrofon Telefunken ELAM 251, tak jak dzień wcześniej, przy nagraniach Indii Czajkowskiej, powalił mnie i Chickena na kolana. Józefina stwierdziła, że jeśli każdy wokalista musi znaleźć idealny dla siebie mikrofon, to dla niej jest to właśnie ELAM 251:) Nie dziwi mnie to, bo maszyna jest bardzo głoso-lubna:) Józefina zaśpiewała świetnie, Chicken ma ślady jak marzenie.
0COMMENTS
India Czajkowska
Dziś po raz pierwszy odkąd przeniosłem studio na Złotą miałem przyjemność pracować z Indią Czajkowską - wokalistką, której kunszt ogromnie cenię i barwę głosu bardzo lubię. Spotkaliśmy się, żeby stworzyć formę i nagrać lead wokale do nowego utworu Chickena “Water Falls”.
![]()
Spotkanie zbiegło się z pierwszym podłączeniem owianego legendą mikrofonu Telefunken ELAM 251, który zaprzyjaźniona i współpracująca ze Studio 333 firma MusicToolz właśnie sprowadziła bezpośrednio od producenta. Poznałem już tak wiele zacnych mikrofonów, że niełatwo wpadam w zachwyt. Jednak to, co wszyscy usłyszeliśmy po rozgrzaniu Telefunkena było ZDUMIEWAJĄCE!!! Czegoś podobnego w życiu nie słyszałem!
Bez żadnej korekcji i kompresji (tylko po pre-ampie WSW i konwerterze Mytek 8×192 pracującym w 24bitach i 88200Hz) ślad wokalny brzmiał jak najlepiej wypracowany (na żadnym korektorze bym czegoś takiego nie ukręcił z innego mikrofonu), gotowy i co najważniejsze osadzający się pieknie w miksie instrument (w kontraście do częstej sytuacji, gdzie ślad solo brzmi wspaniale, ale nie specjalnie siedzi w miksie). Oczywiście podstawą jest to, że mieliśmy świetne żródło dźwięku, jednak nie sposób nie docenić też tego, co z głosem zrobił, jak go ujął, ELAM 251. Nie wyobrażałem sobie, że uzyskanie takiej barwy jest w ogóle możliwe (sądziłem, że w podziwianych przeze mnie nagraniach wydarzyło się coś nie do osiągnięcia, głównie za sprawą nieosiągalnie cudownych żródeł dźwięku - teraz słyszę, że da się tego dotknąć, ale tylko dysponując właściwym narzędziem) - na dzień dobry wszystko się zgadzało - nawet sybilanty, które mogły zabrzmieć ostro ELAM zinterpretował jakoś tak (jakby były niższe), że było przyjemnie. Specyfika linii wokalnej była taka, że udało nam się zrobić nagranie bez pop filtra. Barwa jest cudowna, dół nie buczy, choć jest wielki i pełny, góra jest przyjemna, ani zbyt jasna, ani zbyt ciemna, a w całej średnicy dzieje się jakby więcej, niż zwykle - ogromne bogactwo harmonicznych i detali. Brzmienie jest zjawiskowe! Ten mikrofon to marzenie, dla którego warto się zrujnować, czego nie omieszkam zrobić;) Drugi egzemplarz ze sparowanej w fabryce parki kupuje Andrzej Smolik. W wypadku specjalnych okazji będziemy łączyć nasze okazy, żeby uzyskać stereo zrealizowane na ELAMach.
Wracam do sesji - okazało się, że akurat i Chicken i India i ja ostatniej nocy nie przespaliśmy więcej, niż 2,5 godziny, wszyscy byliśmy więc ledwie żywi, a do tego pogoda była iście londyńska. Wobec tych ‘czynników obiektywnych’ udało nam się jedynie zrobić wstępne przymiarki do formy i teraz dopiero na ich bazie Chicken zmontuje swoją propozycję, którą opracuje z Indią na gotowo i wówczas spotkamy się we trójkę na nagranie płytowe.
0COMMENTS
Data Rescue
Ten post wyjątkowo nie dotyczy bezpośrednio działań muzycznych i dźwiękowych - straciłem dziś z dysku laptopa (stary Power Book), na którym prowadzę całą korespondencję zawodową, 7500 mejli i chcę opisać jak udało mi się je odzyskać. Może komuś się to przyda. Nie wspominałbym o tym wcale, gdyby nie to, że na polskich stronach i forach poświęconych pomocy nie znalazłem tak sensownych wskazówek jak poza nimi. Na zagranicznych z kolei wątek urywa się często tam gdzie następuje rada i czasem brakuje zamykająccego temat potwiedzenia jej skuteczności.
Niedawno policzyłem, że usuwanie spamów z konta zawodowego zajmuje mi nie mniej, niż dwie pełne doby w skali roku! To czas absolutnie stracony. Na konto prywatne na Gmailu nie dostaję żadnych spamów, ani równie czasochłonnych w działaniu komunikatów specjalnych od providera, sortujących potencjalne spamy (co trzeba przeglądać tak samo jak spamy). Dlatego zdecydowałem się przenieść swoje konto mejlowe na Gmaila, co okazało się bardzo łatwe i było świetnie opisane.
Konta Gmaila działają również (oprócz POPa) w oparciu o protokół IMAP - dużo lepszy w sytuacji, gdy równocześnie korzysta się z dostępu do poczty z komputera i telefonu, jak w moim wypadku. Gdy nowe rekordy MX zostały już aktywowane chciałem uruchomić konto w programie Apple Mail 2.1.3 (pod OS X 10.4.11). Ponieważ w preferencjach nie znalazłem możliwości przestawienia konta z POP na IMAP skasowałem je i stworzyłem ponownie ustawiając wszystko jak należy. Konto bezproblemowo się skonfigurowało, ale niestety straciłem wszystkie mejle przypisane do skasowanego konta POP. Nie odnalazłem ich we wnętrznościach systemu, ani w koszu. Idąc za wygoogleanymi radami ściągnąłem demówkę programu Data Rescue II i sprawdziłem czy uda mi się odzyskać utraconą zawodową korespondencję. W wersji demo miałem możliwość zrobienia pełnego skanu dysku, albo woluminu, ale odzyskać mogłem tylko jeden plik nie większy niż 5MB. Asystent programu przeprowadził mnie przez wszystkie etapy pouczając co mam robić, żeby nie nadpisać danych na niewidoczne pliki, które chcę odzyskać. Po zeskanowaniu wszystkie typy plików zostały posortowane na bardzo dobrze opisane grupy. Jedna z nich znajdowała się w folderze Mail z wewnętrzymi folderami AppleMail. Program odtworzył też oryginalne rozszerzenia, co wcale w tego typu aplikacjach nie jest takie oczywiste (kiedyś, wiele lat temu, po odzyskaniu plików spotkałem się z kompletną sieczką, którą trzeba było metodą sprawdzania w notatniku i dopasowywania wg. wielkości obdarzać różnymi rozszerzeniami szukając właściwych). Wybrałem pierwszy lepszy .emlx i wcisnąłem Recover. Zapisałem go oczywiście na zewnętrznym dysku - odtworzył się pomyślnie. Żeby uratować całą korespondencję (7500mejli od ostatniego backupu!!!) musiałem kupić pełną wersję Data Rescue II za 100USD. Cóź, gapowe się płaci… Numer seryjny, który dostałem minutę po wykonaniu przelewu wpisałem do wciąż otwartej demówki. Po jego aprobacie nie musiałem już ponownie skanować dysku. Udało mi się uratować wszystkie pliki!
Następnym moim zakupem będzie chyba Time Capsule, dzięki czemu każdy ewentualny przyszły głupi ruch będzie możliwy do odwołania. Wiadomo - kto nie backapuje, ten potem żałuje, a jak mawiają fachowcy z branży odzyskiwania danych: ludzie dzielą się na tych, którzy backupują i na tych którzy będą backupować. Mądry Polak po szkodzie;)
0COMMENTS
5th Element - mastering
Piąty Element przygotowuje nową płytę z udziałem wokalisty o pseudonimie Mr. Hyde. Mimo, że materiał na “DNA Code” nie jest jeszcze skończony potrzebna była płyta na zbliżający się berliński Popkomm. Z tej okazji odwiedziłem artystów w ich studio - mają tam kolekcję wspaniałych syntezatorów i świetne warunki do tworzenia muzyki. Każdemu życzę takiej pracowni!:)
![]()
0COMMENTS
Nina Kodorska
Kilka miesięcy temu, gdy opowiedziałem Tomikowi z Kayaxu o naszych planach producenckich w duecie ze Zbyszkiem Szmatłochem i zaprzyjaźnionymi muzykami, Tomik zaproponował, żebym skontaktował się z Niną Kodorską - bardzo obiecującą młodą wokalistką, która jeszcze nie ma własnego repertuaru i będzie go potrzebowała. Zaprosiłem Ninę do studia. Wydała mi się bardzo sympatyczna, naturalna i bezpretensjonalna. Porozmawialiśmy o róźnych potencjalnie ciekawych kierunkach muzycznych i posłuchaliśmy kilku płyt szukając wspólnego mianownika. Okazało się nim granie akustyczne. Wyobraziłem sobie zadziorny skład z dosyć klasycznymi instrumentami (bębny, kontrabas, fortepian, baryton, gitara preparowana), otwartą, szeroką harmonią, długimi frazami, wolnymi tempami i dużą ilością wolnej przestrzeni do zagospodarowania jej częściowo przez głos Niny, a częściowo do pozostawienia dla oddechu.
Umówiliśmy się najpierw na wstępną przymiarkę, żeby zarejstrować głos Niny i w oparciu o rezultaty sesji stosowanie działać dalej. Żeby dostarczyć Ninie dobrych tekstów po angielsku zaproponowałem współpracę z Taslim i Arkiem Wasiami, którzy akurat przyjechali na wakacje do Polski. Zaoferowali Ninie pomoc w przekształceniu i wyrażeniu jej własnych myśli w języku angielskim (zamiast przekazania gotowych tekstów, od których zaczęliśmy pierwsze próby). Idąc za tą sugestią Nina dostarczyła później swoje szkice, które Taslim i Arkek wzięli na warsztat nadając im pożądanego kształtu.
Spotkaliśmy się z Niną na, jak się okazało, jej pierwsze w życiu studyjne nagrania. Najpierw zarejestrowaliiśmy “Rosemary Baby” w wersji polskiej (z tłumaczeniem Wojciecha Młynarskiego) w wersji a cappella.
Żeby nie spowalniać początku nagrań ustawiłem mikrofon Brauner VM-1 (sprawdzałem brzmienie z pop-filtrem i bez) z modyfikowanymi pre-ampami WSW Siemens und Halshke porównując je z prototypem L-408 firmy Lipiński Sound. W tym wypadku pierwszy przedwzmacniacz brzmiał głębiej i pełniej, był jakby bardziej ‘łaskawy’ dla wokalistki, a drugi był szybszy i czystszy, przez co i bardziej ‘bezwzględny’, ponieważ chciałem mieć wierny i krytyczny obraz sytuacji na tym etapie przy nim zostaliśmy. Nagrywaliśmy w 24 bitach i 176400Hz przez moje ulubione konwertery Mytek Digital 8×192.
Barwa głosu Niny była niesamowita, na prawdę wyjątkowa: głeboka, mocna, dosyć ciemna, ale klarowna. Trudno było mi uwierzyć, że mam do czynienia z debiutantką i osobą tak młodą. Jeśli chodzi o interpretacje “Rosemary Baby” akurat osobiście nie lubię wpływów polskiego szkolnictwa jazzowo-rozrywkowego, więc tu wiele bym chciał zmienić jako ewentualny producent, gdyby współpraca się rozwinęła…
Żeby sprawdzić jak Nina poradzi sobie z materiałem wychodzącym poza harmonię dur-molową i w języku obcym poprosiłem ją, żeby zaśpiewała dwa anglojęzyczne teksty Taslim i Arka Wasiów do utworów zespołu 3 Metry z płyty “noir”. Zrobiliśmy dwa podejścia do nagrań: pierwsze bez żadnego przygotowania, drugie po zostawieniu Ninie muzyki do opracowania swoich partii na następny dzień. Jak się okazało jednym z największych atutów Niny był objawiony w podejściach do tych utworów jej wielki potencjał energetyczny. Słychać było, że Nina nie jest jeszcze improwizatorem mogącym wskoczyć w nieznaną materię bez żadnego przygotowania (wiek?), mimo to rezultaty pierwszych przymiarek były obiecujące.
Gdy po czasie przemyśleliśmy ze Zbyszkiem sprawę, podważając własne wcześniejsze ustalenia, wydało nam się, że wymyślony wcześniej kierunek akustyczny nie jest tu najwłaściwszy. Słuchając nagrań wokalistki z 3 Metrami wyobraziliśmy sobie Ninę w całkiem innym anturażu - z mocną, żywą kapelą za plecami. Z zespołem, który będzie miał tak dużo energii, że na jej tle Nina będzie mogła swobodnie rozwinąć swoją ogromną ekspresję wokalną.
Przystąpiliśmy do budowania zespołu na tę okoliczność. Zaprosiliśmy najlepszego bębniarza jaki przyszedł nam do głowy - Gerarda Niemczyka, mieszkającego teraz w Nowym Sączu, świetnego gitarzystę - Darka Bafeltowskiego z Częstochowy, no i sami chwyciliśmy za instrumenty - Zbyszek za gitarę podłączoną przez Rhodesa z siedemdziesiątego trzeciego i jego vibratto do paczki Suitcase, ja za bezprogowy bas ze struną E nastrojoną prawie o oktawę niżej, który był podłączony równocześnie do combo Edena ‘Metro 500′ i wielkiego koncertowego Leslie 147. Gerard zagrał na starym kultowym Ludwigu, a Darek na głowie JCM 900 z dwugłośnikową paczką Mesy i gitarze lutniczej o 36 progach.
W jeden dzień stworzyliśmy szkic piosenki. Pozwoliliśmy sobie pójść w to, co wydawało nam się odpowiednie i równocześnie, co mieliśmy ochotę zagrać. Wyszła z tego rzecz o ‘dużej masie’ - mocna ’stadionówa’, która mogłaby się też dobrze sprawdzić w klubach.
Po wstępach objaśniających zmianę koncepcji i jej przyczyny zaprosiliśmy Ninę, żeby odegrać jej nowy utwór. Dokonaliśmy łobuzerskiego nagrania - notatki z prób 100% live (całe bębny na ledwe 3 mikrofony: stopa, werbel i monofoniczna góra), tyle tylko, żeby nie zapomnieć i żeby było do czego spróbować Ninę przymierzyć. Wyszła z tego niezła ‘luta’;) Stylistycznie wszystko wymieszane - ni to archaiczny, trudny do zdefiniowania stylistycznego, czad, ni to nowoczesny cyber-punk, ni trip-hop, ni to żywy i ciemny groovowy hip-hop, ale wszystkiego po trochu… dwatysiącedziesięć!;)
Zgrałem roboczy zapis przez sumator AMS Neve 8816 + 8804 (przewalając na nim poziomy na każdym śladzie - wtedy zagrał najciekawiej), żeby Nina mogła się z nim zapoznać, złapać formę i coś sobie wstępnie poukładać. Spotkaliśmy się następnego dnia, żeby dograć wokale i zobaczyć co z tego połączenia wyjdzie. Zrobiliśmy kila podejść, ale Nina w ogóle się nie ‘uruchomiła’. Miała taki dzień, że chyba całą energię puściła w powtarzanie, że nie da rady i generalnie na tym sesja się zakończyła… Na dyskach zostało kilka wejść, ale kompletnie nie o to chodziło. Odsłuchując później nagrań stwierdziliśmy ze Zbyszkiem, że jeśli w ogóle miałoby dojść do współpracy z Niną to powinniśmy zdecydowanie w tym wypadku dać sobie spokój z akustycznym downtempo, albo nowoczesnym groovowym cyber-punkiem na rzecz prostych (w dobrym sensie), przebojowych, radiowych piosenek, w których wyznaczymy Ninie jasną rolę, napiszemy dokładnie wszystkie leady nie pozostawiając miejsca na zmaganie z materią.
Działo się to wszystko pod dużą presją czasu - dzień po ostatnim nagraniu Nina weszła do programu “Fabryka Gwiazd” w Polsacie. Nie mieliśmy już sposobności ponownego podejścia do nagrań, a tym bardziej na sprawdzenie innych dróg. Uczestnictwo w “Fabryce Gwiazd” oznacza absolutny brak kontaktu z każdym z uczestników programu, a wypadku Niny, zważywszy na jej talent, prawdopodobnie przez co najmniej kilka tygodni, a może nawet przez kwartał (uznani za najlepszych zostają w programie najdłużej). Trzy miesiące to dość czasu, żeby zastanowić się co dalej. Oprócz podstawowych kwestii dotyczących ustalenia kierunku wspólnych prac wchodzą w grę bardzo życiowe sprawy - opracowanie repertuaru płytowego to min. pół roku pracy (z debiutantką) dla duetu producenckiego, kilkaset godzin rezerwacji studia wraz z obsługą, czas w którym trzeba utrzymać artystkę, studio, utrzymać siebie, zaangażowanych muzyków (przyszły skład koncertowy) - to spora inwestycja o bardzo dużym stopniu ryzyka. W kontrze do tego zajęcia i ja i Zbyszek mamy kalendarz na najbliższe miesiące wypełniony ciekawymi, prestiżowymi i intratnymi produkcjami, powinniśmy więc mądrze zarządzać czasem, którego coraz bardziej nam brakuje (jego najbardziej!).
W międzyczasie apetyty rozbudzone energetycznym graniem rozkwitły i stwierdziliśmy, że twór, który powołaliśmy do życia dla Niny jest na tyle dla nas ciekawy, a to granie satysfakcjonujące, że warto rzecz kontynuować, ale z mocnym, męskim głosem, bardziej w stronę nakręcającej nawijki, niż wokalistyki. Po krótkich przeszpiegach zaprosiliśmy Pedro el Negro (który wcześniej zabłysnął w studio przy nagraniach do utworów Chickena), żeby spróbował się z tym zmierzyć. Po kilku spotkaniach, ustaleniu oczekiwań i nakreśleniu zamysłu spotkaliśmy się z Pedro na pierwszej roboczej sesji. Gdy tylko usłyszeliśmy to, co Pedro przygotował, od razu wiedzieliśmy, że był to strzał w dziesiątkę! Pod wpływem próbnych nagrań i dalszych przemyśleń postanowiliśmy zmodyfikować jeszcze skład zespołu (analogowy syntezator zamiast drugiej gitary) robiąc z niego re-kreację dawnego zespołu ‘dwaGramy’, który w drodze ewolucji przeobraził się w ‘2g’.
Powyższy opis sytuacji opubkowałem po kilku tygodniach od całej akcji… W międzyczasie rozwinął się wątek muzyczny ‘2g’, czemu poświęciłem osobnego posta, ktory jest dostępny pod tym linkiem.
A wracjąc do tematu - czy będziemy ze Zbyszkiem produkować płytę dla Niny jeszcze nie wiadomo… jeżeli tylko okaże się to możliwe na pewno chętnie to zrobimy.

0COMMENTS
Maria Peszek - mastering płyty “maria Awaria”
Od jedenastu miesięcy trwały prace nad nową płytą Marysi Peszek “maria Awaria”, której producentem jest Andrzej Smolik (za wyjątkiem ostatniego utworu “Muchomory” opracowanego przez Foxa i zrealizowanego przez Krzyśka Pszonę). Początkowo premiera zaplanowana była na marzec, ostatecznie jednak album ukaże się 19 września, co jest już pewne, ponieważ skończyłem mastering, który został pozytywnie przyjęty, a wczoraj z Marysią przygotowałem ostateczne produkcyjne płyty matki, które pójdą do tłoczenia już w poniedziałek.
Miałem przyjemność robić kilka nagrań do tej wyjątkowej płyty (kontrabas, organy Hammonda i chyba jeszcze piano Rhodesa), odwiedzałem też Andrzeja Smolika w jego pracowni, gdzie wspólnie dumaliśmy nad miksami - co zrobić, co zmienić, żeby efekt końcowy był jak najlepszy. Andrzej poświęcił zgraniom wiele uwagi, a przede wszystkim stworzył bardzo fonogeniczne kompozycje, co jest absolutną podstawą udanej produkcji. Jeśli muzyka ‘niesie’, cała reszta (brzmienie, proporcje, przestrzeń) robi się niejako sama. Jeśli kompozycjom czegoś brakuje - nie ma na Świecie fachowca i sprzętu, którym możnaby rzecz uratować (nie przerabiając kompozycji), nie ma takiej gałki, która ‘zrobi dobrze’. To niby truizm, ale z obserwacji widzę, że wcale nie do końca powszechnie uświadomiony. Andrzej Smolik ma tą rzadką i niesamowitą zdolność, że potrafi stworzyć czytelny i atrakcyjny rdzeń kompozycji, pozostawiając go niemal do końca czystym - z minimalną ilością ozdobników i dodatków (która to umiejętność leży na antypodach ‘komponowania’ poprzez mnożenie śladów wokół niczego: dodawania kolejnych pasujących do tempa rytmów i kolejnych harmonicznych dźwięków, instrumentów, bez żadnego szczególnego pomysłu na całość ‘u nasady’). W moim odczuciu talent, gest muzyczny i spokój Andrzeja, stworzyły doskonałą i wielowymiarową całość w połączeniu z kapitalnymi, ostrymi tekstami Marysi, z jej urzekającymi mnie wykonaniami i sposobem interpretacji. Płyta podoba mi się prywatnie dlatego nie staram się hamować w zachwytach, bo niby czemu miałbym to robić?;)
Logistycznie praca nad płytą Marysi wyglądała tak, że kilkakrotnie biegaliśmy pomiędzy studiami robiąc korekty miksów u Andrzeja i weryfikując je potem przy pomocy mojego bezlitosnego odsłuchu w studio na Złotej. Zapisywaliśmy notatki i wracaliśmy z nimi do Andrzeja lub Andrzej sam je nanosił zgrywając utwory z Logica z użyciem sumatora analogowego SSLa po konwerterach Mytek Digital 8 x192 (zgrania robiliśmy wyłącznie w 24bitach 88200Hz).
Mając pierwsze dojrzałe miksy zaproponowałem różne możliwe kierunki opracowania brzmienia przy masteringu. Jeden głośny, ‘radiowy’, drugi cichszy, smaczny, z dodanym charkterem i trzeci również cichszy, ale bez dodatku nowego smaku, jedynie z ekspozycją zalet zawartych w miskie, przy ważnym założeniu trzymania się uzyskanej tam równowagi. Andrzej wybrał wersję trzecią argumentując tą decyzję w ten sposób, że to co miało być saturowane było już saturowane przy nagraniach, co miało być ściemnione jest już ściemnione na wcześniejszych etapach itd, itp. Producentowi przede wszystkim zależało na zachowaniu indywidualnego charakteru utworów - np. te intymne miały takie pozostać. Idąc tym tropem zmasterowałem całą płytę - każdy utwór trochę inaczej, z zachowaniem jego autonomii i charakteru.
Andrzej Smolik i Marysia Peszek są bardzo przenikliwi i wymagający - ich zadowolenie z rezultatów pracy jest dla mnie największą z możliwych gratyfikacją, o wiele bardziej satysfakcjonującą od tej, nieodzownej, pieniężnej;) Na końcu prac, gdy słuchaliśmy razem z Marysią “marii Awarii”, opracowując dlugości pauz między utworami, Andrzej stwierdził, że rzadko się zdarza, żeby po masteringu nic nie uciekło.
Satysfakcja i spełnienie:)
17.10.2008 w warszawskim klubie Palladium (dokładnie pod Studio 333) przy ulicy Złotej 7 Marysia Peszek wystąpi ze swoim zespołem na specjalnym koncercie premierowym. Rozmawialiśmy o tym, że na pewno wykonanie będzie inne od płytowego, dojdą żywioły. Będę tam na 100%:) Tymczasem zainteresowanych odsyłam do strony Marysi http://maria-awaria.pl/ naładowanej świetnymi filmami.
0COMMENTS
cisza na blogu = praca w studio
Praca wre, a ja niczego nie opisuje… Może dlatego, że gdy tylko kończę działania z dźwiękiem uciekam od kontaktu z komputerami, może doba jest za krótka… W studio dzieje się bardzo dużo - masteringi, miksy, całe produkcje, pojawiła się też praca z zagranicy, rozwija się wątek produkcji ustrojów akustycznych na zewnątrz… I to wszystko w leniwym czasie wakacyjnym. Co wobec tego będzie się działo we wrześniu?;)
Zamierzam uzupelnić opisy choć kilku sesji, które odbyły się od czasu publikacji poprzedniego posta.
Chcę też, w osobnej kategorii, dodać do blogu rzeczy lżejsze, głównie zdjęcia, nie powiązane z tematyką audio.
0COMMENTS
21 gramów - mastering
Skończyłem mastering płyty “21 gramów” Marcina Stycznia.
Z jednej strony łatwiej jest masterować płytę, gdy miskowało się ją w znakomitych, masteringowych warunkach, z drugiej - trudno o dystans (żeby wychwycić własne błedy - dlatego zrobiłem trzytygodniową pauzę od poprzedniego etapu) i zgodę na zmiany zachodzące w tym, co zostało tak pieczołowicie wypracowane w zgraniach (i do czego strasznie łatwo się przyzwyczaić!).
Zdecydowałem się zrobić master całkiem inny, niż na kilku wcześniejszych singlach z “21 gramów” (które zdobywają eter i wysokie miejsca na listach przebojów w rozgłośniach, w których Marcin jest bardzo popularny). Żeby płyty przyjemnie słuchało się w całości i po jej wysłuchaniu odbiorca nie był wymęczony odpuściłem parę dobrych decybeli w RMSie. Wcale nie starałem się zrobić głośnej płyty, tylko płytę dobrze brzmiącą. Zrezygnowałem całkowicie z kompresorów widmowych i korektorów z dematrycowaniem MS na sumie (w TC System 6000). Zgrań dotknąłem delikatnie wspaniałym brytyjskim korektorem “Curve Bander” Chandler Limited i niesłychanym kompresorem “Phoenix” Thermonic Culture (również z UK). Potem w TC System 6000 delikatny de-esser w MS, działający incydentalnie na wokalach umieszczonych w środku i prawie wcale na blachach (już w innym paśmie) rozłożonych szerzej, za nim Hi-Res EQ Massenburga pracujący w pasmach nie krzyżujących się z de-esserem - delikatne otwarcie w najwyższej górze, czasem korekta gdzieś w niskim środku, albo w dole, po to tylko, żeby lepiej pracował zapięty na końcu masteringowy, ultraszybki limiter (żeby dól go nie przytykał). Po limiterze dithering i zgranie.
Potem umieściłem utwory w programie do przygotowywania płyt matek, ustaliliśmy pauzy, przygotowałem płytę roboczą i Marcin pojechał do domu jej słuchać. Miał się z tym ‘przespać’ i na spokojnie zastanowiać się, czy zmienić jeszcze kolejność albo odstępy między utworami. Już po póltorej godzinie zadzownił, że wie co trzeba zrobić, żeby zamknąc sprawę! Umieściliśmy inny utwór jako przedostani, przedłużyliśmy jedną pauzę i wypaliłem płyty matki doprowadzając tym samym kilkunastotygodniową współpracę do szczęsliwego finału:)
21 września w Hybrydach odbędzie się koncert premierowy tej płyty. Powodzenia!



















Comments OffCOMMENTS